Klub na Google+

Klub na Google+

Partnerzy

 

Spotkania turystów


 

gazeta mazury

 

 

 

 

Relacja z sylwestra 2003/2004

Biesy w nocy, Czady w dzień...
czyli Nowy Rok w bieszczadzkim stylu 2003/2004

(© Zabłocka - www.zablocka.prv.pl)


Moja mapa Bieszczad jest 4-letnia i w związku z tym już lekko 3-częściowa. Otwieram ją mimo wszystko i czuję jak papier pachnie jeszcze namiotem z 1999 roku i połoniną z ubiegłego lata... Bieszczady są daleeeeko - z Katowic jedzie się ponad 8 godzin, pewnie dlatego tak rzadko udaje mi się tam zaglądać. W dodatku po zmianie rozkładu jazdy w grudniu 2003 - legendarny nocny kurs do Zagórza został zmieniony na dzienny. Wyjazd o 6.15, dojazd - 14.13, kiedy to powinno się już być od pięciu godzin na szlaku! I pociąg ten - z wyjątkiem niektórych okresów - kursuje tylko w soboty... Skandal. Więcej szczegółów w dziale Dojazd (poniżej)
Dzień I:
Wołosate

Po wydostaniu się z cywilizowanego świata, powolutku dochodziła do nas myśl, że "JEDZIEMY W BIESZCZADY"... Hurra. Nasz sposób organizacji i dogadywania się PRZED - w ogóle na to nie wskazywał. Tymczasem dzikie i zaśnieżone góry czekały już na nas na pewno... Pierwszy dzień spędziliśmy w środkach lokomocji, a wieczór - w schronisku PTTK w Wołosatem. Opis schronisk - w dziale Noclegi. Pod wieczór zjedliśmy pierwsze smakowitości przywiezione z (jeszcze) wigilijnych domów. Makowiec z Lublina, moczka ze Śląska, chleb pieczony przez babcię Damiana w Krakowie... mniam! Po kolacji udaliśmy się "witać się ze śniegiem", czyli rozpocząć proces oswajania się z białym kolorem wszędzie wokół. Pomógł nam w tym krótki spacer w kierunku ukraińskiej granicy. Damian cierpliwie tłumaczył, co gdzie widać (a raczej czego NIE widać), Zielona szukała pola (zasięg jest tu deficytowym towarem), a ja poprosiłam o wejście na stanicę ZHP w Wołosatem, gdzie zresztą chwilę później zabłądziliśmy. Kawały o WOP-istach i niedźwiedziach umilały nam szukanie wyjścia. Na szczęście były ślady, po których wróciliśmy z powrotem. Jeszcze trochę się nacieszyliśmy sytuacją... faktem, że wszyscy widzimy się trzeci raz w życiu... bielą na ziemi i drzewach... końcem świata, w którym się znaleźliśmy... - i trzeba było powoli wracać do ciepłego. Z okna w kuchni piękny widok na ośnieżony las. Rafał pisze, że był dzisiaj na Rysach. Zielona już zaczyna tańczyć (i nie skończy szybko!) - na razie wprawiamy się dzieląc się w trójkę dwiema słuchawkami z discmana albo testując jak do tańczenia nadają się melodie z komórki. Taki taniec wymaga wyobraźni... heh. Po długiej rozmowie w pokoju zasypiamy szczęśliwi... Jesteśmy w Bieszczadach...
Dzień II:
Wołosate - Tarnica (1346, niebieskim) - Szeroki Wierch (1268, czerwonym - GSzB, ale i tak nic nie widać) - Ustrzyki Górne (czerwonym - GSzB) - Przełęcz Wyżniańska (853m, ok. 5 km asfaltem) - Bacówka Pod Małą Rawką (od drogi zielonym, 10 min.) - razem z obiadkiem, deserem i "skrótem" - ok. 8 godz.

Oczywiście nie przyjechaliśmy tu tańczyć, leżeć, spać i jeść... To znaczy - nie tylko po to :) Już od pierwszego "pełnego" dnia pobytu wzięliśmy się do roboty. Rano ok. 9.00 opuściliśmy bez żalu nasze miejsce noclegowe. Szlak na Tarnicę prowadzi dość mocno pod górę. Wędruje się nam miło i przyjemnie. Po drodze spotykamy ToMasza, naszego dalszego towarzysza wędrówki, który spędza tu Sylwestra i święta po raz siódmy z rzędu! Razem dochodzimy do Przełęczy pod Tarnicą. Wieje coraz mocniej, zastanawiamy się czy zostawić w śniegu plecaki i wejść na szczyt bez nich (15 min.), czy lepiej je nieść ze sobą jako zabezpieczenie przed zdmuchnięciem... Otwieranie ust mija się z celem: zatyka. Szczyt Tarnicy pięknie woła nas na górę. Postanowiłam jednak iść z plecakiem i nie wiem, jak reszta doszła tam bez obciążenia. Zapadam się co chwilę w śniegu, brnę... Zwiewa mnie w lewo, w prawo, w przód, w tył... Nic nie widzę, i tylko krzyż, który stoi u góry, utwierdza mnie w przekonaniu, że TAM mam iść. Jestem tu po raz pierwszy, Tarnicę wcześniej znałam tylko z pocztówek, opowiadań i książek. Dziwny, ale ładny widok przed nami: niebo ułożyło się piętrowo: chmury, góry, inne chmury, reszta nieba... Robimy pamiątkowe zdjęcie, ale trudno trafić aparatem z powrotem do futerału. Im szybciej zejdziemy, tym lepiej. ToMasz mówi, że i tak słabo wieje. Haha ;)

Utwierdzam się w przekonaniu, że jednak nie wieje tak słabo - pewne odcinki drogi na Szeroki Wierch pokonuję w pozycji "jak zawodowy żagiel". Głowa w punkcie A, całe ciało wydęte w prawo (wiało z lewej), nogi dokładnie tam gdzie głowa, tyle że na ziemi... Ciężki plecak niewiele tu pomoże. Żagiel z plecakiem jestem, hehe. Kolega służy kijkiem, co pomaga się dostać w kolejne miejsca... Chłopaki co chwila strzelają foty, bo niebo jest dzisiaj naprawdę ciekawe (linków do zdjęć trzeba poszukać gdzieś na stronie).

Po drodze urządzamy jeszcze małe szamanko na płotku. Idący w drugą stronę turyści pytają czy to prawda, że mocno wieje. Ktoś musiał tu być przed nami i im nakłamać ;)

Zejście do Ustrzyk Górnych to czysta przyjemność, lasem, szlakiem, lekkim krokiem; co jakiś czas przystajemy tylko na kolejne łyki Tymbarkowej jabłko-mięty albo kawałki czekolady z nadzieniem. W Ustrzykach żegnamy ToMasza, który ma nocleg w Wołosatem (tu dowiadujemy się dopiero jak ma na imię). Może się jeszcze spotkamy.

A nam pora podążać w kierunku bacówki pod Małą Rawką. Jeszcze przed przyjazdem odwiedziłam ich stronę internetową, która od razu mi rekomendowała to miejsce jako drewniane i przyjemne... Zanim jednak doszliśmy, mijamy jeszcze schronisko sezonowe Kremenaros, którym w gospodarzą ci sami ludzie. Miejsca te reklamują cytaty z "Sielanki o domu", co dodatkowo dodaje im smaczku... Już chciałabym tam być. Przed nami 6 km asfaltem. Samochody tu się nie zatrzymują, widać - przyjechali ludzie z daleka i boją się miejscowych ;) Niech tam.

W schronisku pod Małą Rawką wita nas brama, dwa psy, sześć kotów i... Wiking. Zdejmujemy ośnieżone buty w przedsionku i poznajemy pierwszego współlokatora. Ksywa "Wiking", nadana potajemnie przeze mnie, ze względu na brodę, długie włosy i ogólny wygląd Svena - okazuje się trafiona: wszyscy tu tak mówią do naszego nowego kolegi. W pokoju są z nami jeszcze trzy dziewczyny - Łódź, Warszawa, Gdańsk. My - Lublin, Kraków, Żory. Wiking - Bieszczady, Warszawa, świat. Po prostu ekipa zewsząd :) Damian dostaje miejsce na glebie, ale oczywiście wpisany w nasze serca i w CV humanitaryzm (Zielona i ja służymy w PAH-u), nie dajemy staruszkowi rozkładać się na glebie, tylko zmieniamy układ łóżek z pionowego na poziomy i śpimy na dwóch. Stary sposób na brak miejsc.

Późnym wieczorem odbieram SMS-a - złotą radę znajomego szczerze zmartwionego naszym "fatalnym" położeniem:
"Gdy ci niedźwiedź zajdzie drogę - nie mów, że to pech.
Kopnij w d..., wyrwij nogę, niech pobiega se na trzech"
Przyjmuję do wiadomości i nastawiam się bojowo na jutro!
Po północy - zmęczeni jedzeniem (drugi dzień jemy sałatki, makowce, pierniki itp.), rozmowami (Wiking kwestionuje znajomości z internetu - oszalał?), tańcami (kolejna część przygotowań do Sylwestra) - udajemy się na spoczynek. Śpi się szybko, ciasno i ciepło...
Dzień III:
Bacówka pod Rawką - Mała Rawka (1271, zielonym) - Wielka Rawka (1304, żółtym) - Brzegi Górne (Przeł. nad Berehami, nielegalną ścieżką) - Połonina Wetlińska (1258, żółtym) - Przełęcz Orłowicza (1075, czerwonym - GSzB) - Suche Rzeki "Ostoja" (żółtym) - razem z przerwami ok. 10,5 godz.

To był najdłuższy dzień. Nie wiedzieć czemu - wyszliśmy bardzo późno, bo po 10.00. Podejście z bacówki na Małą Rawkę zielonym szlakiem zajęło nam ok. 50 minut, jest dość męczące, bo (jak to w górach bywa) idzie się cały czas pod górę. W kolejne pół godziny, ale już zupełnie "luźno" - zawędrowaliśmy na szczyt Wielkiej Rawki. Plecaki zostawiliśmy gdzieś pomiędzy... Na szczycie spotkaliśmy ekipę z Gliwic, która jechała z nami dwa dni wcześniej busem z Sanoka do Ustrzyk. Jedna z dziewczyn zgubiła w śniegu przykrywkę z obiektywu, gwiżdżę więc za nią. Właścicielka wraca się, brnie w śniegu, odbiera swoją własność i mówi "Och, idę gonić za tymi moim wariatami". "Heh... każdy chodzi z tym, na kogo sobie zasłużył..." - to krótkie hasło stało się potem naszym motto... Zielona z Damianem zastanawiają się, ile musiałam nagrzeszyć :)

Szczyt Wielkiej Rawki latem musi być fantastycznym celem wypraw - ponoć widać stąd Tatry (niestety nam się nie udało ich dojrzeć). Damian pokazuje tylko Pikuj (1520) na Ukrainie. W ogóle Damian wie wszystko. I za to go lubimy!

Za namową naszego pana kierownika wędrujemy zielonym (sic!) szlakiem w kierunku Wetliny. Jest to dość długa wycieczka, zwłaszcza jeśli chce się tam iść przez Rabią Skałę (9 godzin w lecie - z Rawek do Wetliny). My jednak podążamy inną drogą - zielonym "do oporu", czyli teoretycznie do szczytu 1107 m, i potem, za tropicielskim nosem Damiana, w prawo na ścieżkę, która ma nas doprowadzić do Przełęczy nad Berehami. Po jakimś czasie Damian zwodzi więc nas do lasu, gdzie trafiamy na ścieżynkę, którą wcześniej nikt - oprócz niedźwiedzia i gajowego Maruchy - nie chodził. Brniemy - te 3 km zajmują nam prawie dwie godziny... Śniegu "po pas", ale humory dopisują. W ten przemiły sposób docieramy do leśniczówki, parkingu i zajazdu oraz asfaltu, czyli narciarzy i innych turystów w Brzegach Górnych. Tu, po drugiej stronie asfaltu, w małej kanciapce rzeźbiarza, zjemy zaraz posiłek polecimy dalej. Co chwilę później następuje.

Odcinek żółtym szlakiem w górę do Chatki Puchatka ma tylko jedną wadę: jest wystarczająco ślisko, żebyśmy z Zieloną co chwilę zaliczały wywroty. Ciemno - fajnie. Damian został gdzieś z tyłu, chyba dzwoni (przedostatnia szansa), nam zupa ze śniegu dała "siły a siły"! Rozmawiamy sobie o życiu (czyli narzekamy na facetów ;)), co jakiś czas zastygając w bezruchu w oczekiwaniu na pana kierownika. Nie widząc go i nie słysząc jego kroków, biegniemy dalej na górę. Za ok. 50 minut jesteśmy pod chatką (Chatka Puchatka - schronisko PTTK na Połoninie Wetlińskiej, zwane też schroniskiem "u Lutka", gdzie gości i turystów przyjmuje (a raczej wskazuje im swoje miejsce ;)) Dorcia. Te dwie postacie to legendy bieszczadzkie, miałam kiedyś przyjemność poznać trochę opowieści o tym miejscu i ludziach... warto się wsłuchać!). Tu mieliśmy nocować. Nastawione więc na wieczorną kawę za momencik czekamy u góry na Damiana. Jest coś koło 18.00-18.30, wieje... oj wieje. Dochodzi do nas szef i informuje, że Jacek i Bożenka (kolejni bieszczadnicy) wyjechali z Krakowa dzisiaj i będą późnym wieczorem w Suchych Rzekach. E, no jak to - my tu, oni tam? Idziemy dalej! Decyzja zapada szybko, jednogłośnie i bezboleśnie, szczerze mówiąc - w takich momentach im szybciej, tym lepiej! Na skróty (zapadając się regularnie) dochodzimy do szlaku na Przełęcz Orłowicza, gdzie docieramy w ok. 2 godziny. Wrażenia niesamowite - zupełna pustka, zimno, ciemno, wieje jak chce, wwiewa śnieg do kaptura, w ogóle się nie pyta czy można. Też mi coś. Ostatni zasięg łapiemy pod kamieniem, skąd łączę się jeszcze z "wybranym losowo" miejscem na Pomorzu Zachodnim - m@ły też imprezuje, ale coś nizinnie w tym roku (a fe!) Odkrywam patent na długie rozmowy bez użycia rąk: telefon wkładam pod gumkę z czołówki :) Ucieszona swoją chytrością próbuję dogonić duecik, który zdążył mi zwiać. Wiatr w wolnych chwilach wieje także do słuchawki, przez co coraz mniej słychać... słych... sł... ych... yyy... hm... -Over. Teraz już nikt mnie nie znajdzie!

Damian pokazuje nam z tyłu z lewej Hnatowe Berdo. Niewiele widać (coś tam stoi...), niewiele słychać (ktoś tam ryczy...), wieje w oczy, usta i w nos.
Damian (krzyczy): -Tam jest Hnatowe Berdo. Widzicie? I jak zeszliśmy z wiatru... Zabłocka (konsternacja): -O!... to my KIEDYKOLWIEK zeszliśmy z wiatru!?!?!?
Bez komentarza :-)

No i znajdujemy przełęcz, hurra. W naszej opinii trochę się nam schowała. Trudno byłoby przejść przez nią i jej nie zauważyć, ale albo nasza mapa była lewa, albo ja tak słabo pamiętałam ten odcinek (zawsze mi się wydawało, że na przełęcz to hop-siup z Połoniny, a jednak kawałek jest). Może to dlatego, że nigdy nie byłam tu zimą. Ma swój urok, trzeba przyznać. Stąd zostało niewiele ponad godzinę do Suchych. Już się nie mogę doczekać, to był dobry pomysł, żeby iść dzisiaj - zyskujemy jutro. W zasadzie nasz plan 3-dniowy, który "z drżącym sercem" proponował pan kiero, zrobiliśmy w dwa dni i jeszcze byśmy mogli. Zielona jest nie do ruszenia po prostu, fajny z Ciebie kompan do chodzenia!!! :) Idziemy więc dalej, zastanawiając się jeszcze czy nie skoczyć przy okazji na Smerek (stąd to już pół godziny jeno) i mieć go "z głowy". Pytanie tylko - po co... schodzimy więc do naszej bazy, całkiem słusznie "Ostoją" zwanej... Przez las w dół, przez mostek i 4 zestawy schodów z poręczą, przez Damiana (wszystko! :)) - dochodzimy (hurra) do miejsca naszego spoczynku. Światełka schroniska, miodzio... I w środku choinka z lampkami we wszystkich kolorach, od razu mi się spodobała! A okolica... zbocze, las, strumień, huśtawka, droga donikąd. Aż mi się nie chciało wchodzić! Poszłam się pobujać egzystencjalnie... fajnie, że jest koniec roku i że to był taki rok! Pomyślałam przez chwilę o ludziach, którzy są. Albo ich nie ma, nieważne. Pozdrawiam wirtualnie mamę i całą resztę!!! Kto miał wtedy czkawkę - jam to! Poszłam też "zwiedzić" pole namiotowe, na którym 4,5 roku temu rozbijałam z drużyną jakieś pewnie chińskie dwójki. No, w śniegu wygląda zupełnie inaczej... Zdaje mi się, że to było wczoraj - a przecież w moim życiu minęła od wtedy cała epoka... Ugh.
Po kwadransie postanowiłam wreszcie zdjąć buty i zagrzać się w środku. Jestem w domu.

Dzień IV - Dzień Świni '2003:
(fenomen socjologiczny w górach)

Tak jak w tytule - Sylwester, czyli cały dzień 31 XII, minął nam błogo... Tak błogo, że aż wstyd się przyznać ;) Jeszcze wczoraj po kąpieli lekko zmęczeni (no dobra, wyrąbani...) leżeliśmy w sali "choinkowej" czekając nz Bożenkę i Jacka. Ci państwo zabalowali bowiem gdzieś po drodze i nie chcieli do nas dojechać! Scenka rodzajowa, typowa:
Leżymy na sofie. Ja i moje nogi w kolejności (od sufitu) - odwrotnej. Zielona obok mnie, wywalona na tej sofce jak dywan. Moje nogi potrzebują być zawsze u góry, toteż nie krępuję się zbytnio, wywalam je na oparcie i tak sobie beztrosko zwisam. Czasami niechcący uderzę nimi Zieloną, czasami je oprę na jej szyi, na brzuchu, na biodrze. Gdzie popadnie. W końcu zatroskana pytam leniwie:
-Zielona, nie przeszkadzają Ci moje nogi!?...
-Nie... bardziej przeszkadzają mi moje...
Bożenka i Jacek przyjechali kwadrans później.
No a o co chodzi w Dniu Świni?!

U mnie to zawsze był "dzień dziecka", ale chrześniaki Bożenki nadali temu zespołowi czynności taką świńską, bardziej adekwatną nazwę. W Dniu Świni od rana nic nie robimy. Nie śpimy, nie kąpiemy się - nawet jak jest ciepła woda, absolutnie nie robimy śniadania (niech się samo zrobi). Nie myślimy, nie filozofujemy, nie płaczemy, nie marudzimy. Nie wychodzimy (broń Boże!) w góry. W ogóle nie wychodzimy (tylko raz - z pokoju) i resztę dnia spędzamy w jadalni. Nie wolno pisać, czytać i rozwiązywać krzyżówek, chyba że po 2. w nocy, zbiorowo w kuchni. Nie dzwonimy do rodzin (zresztą nie ma zasięgu hehe), nie pozdrawiamy przechodniów (jakich przechodniów!?!), nie planujemy roku i nie głowimy się jak szybko zarobić. Nie, nie, nie. W ogóle robimy NIC... wielkie NIC!!! A przewodnim hasłem jest złota myśl "jutro nie istnieje..." Za to kocham te miejsca i ludzi - reguły dnia codziennego w ogóle nie mają tu zastosowania...

Pomysł i nazwa Dz.Ś. od razu nam się spodobały! Ogłosiliśmy amnestię dla brudasów i bekających po jedzeniu. Zlewaliśmy wszystko dookoła, łącznie z tym, że zaczął popadywać (!) deszcz. Nawet zdania były słusznie niegramatyczne. Grono dorosłych ludzi zachowuje się jak banda dzieciaków - "na złość mamie odmrożę sobie uszy". Myślałam, że nie stać mnie na taką ekstrawagancję, żeby cały dzień siedzieć i pić kawę (jedyne dozwolone zajęcie), ale - jak się okazuje - nie takie straszne toto. Raz w roku ujdzie, zwłaszcza jak jest się tak daleko, że dalej nie można, a telefon i tak nie działa (ponowne "hehe" na cześć nieużywania telefonów!) Miło się nam gaworzyło (bo słowo "dyskutowało" nie pasuje... oj nie :)), aż tu nagle wybiła 21.00... Pomyśleliśmy, że Sylwester to chyba dzisiaj: Skoro "wczoraj był wtorek? to dzisiaj środa? czyli to dzisiaj". I na znak przyłączenia się do przygotowań, którym zresztą też się nic nie chciało, zwlekliśmy się z ław, żeby upozorować bal. Dwa białe papierowe obrusy, parę ciastek, soki. Starczy. Razem z Zieloną poszłyśmy testować wytrzymałość parkietu...

No i tu przyjdzie rzec słówko o ekipie obok. Oprócz naszej piątki w schronisku mieszkali już ludzie z Klubu Turystyki Górskiej "Grań" z Olsztyna. Była to ekipa 6-osobowa i całkiem sympatyczna, a wśród nich - Marta i jej towarzysz, weG0rz (z Olsztyna... koło Węgorzewa), który - co udało mi się zaobserwować podczas tego bujnego pobytu - a). jest abstynentem, b). nie potrafi pływać - mimo swego szuwarowo-bagiennego pochodzenia ;-P Dalej - Monika i MichuC, którzy w krytycznym momencie imprezy umilali zebranym czas wczesnorannym graniem na gitarce i śpiewaniem, co uchroniło przed zaśnięciem, a także - last but not least - "Dziadek" Tomek i Bartek, których to zdarzało nam się spotykać na szlaku, ale zwłaszcza na parkiecie (bronili honoru ekipy, widać - delegacja). Tak to już jest, że jak się znajdziesz na końcu świata z zupełnie obcymi ludźmi, to "siłą rzeczy" stają się oni bliżsi, w końcu żyć jakoś trzeba, a generalnie ma być miło. Tak też postępowała (powolutku...) nasza integracja, ale siła internetu przebija wszystko, i integrujemy się zwłaszcza po. Machamy więc teraz chusteczką paniom i panom z Warmii i Mazur, współczując jednocześnie koooszmaaaarnej odleeegłooości...

A sama impreza?! Co tu dużo pisać. Balowaliśmy do białego.
Dzień V:
Suche Rzeki - Zatwarnica (drogą, 4 km) - Hulskie (autem, 10 min.)
Suche Rzeki - Przełęcz Orłowicza (1075, żółtym) - Smerek (1222, czerwonym, krótki odcinek GSzB) - powrót tą samą drogą - skromne 3 godz. "dla sportu"

Tak oto mijały nam dni w Bieszczadach. Nie było ich zbyt wiele, chociaż jak ktoś zniknął z domu niewiele mówiąc, to po szóstej dobie rodzina zaczynała szukać tu i ówdzie. W Nowy Rok popędziliśmy grzecznie do kościółka drogą wzdłuż lasu na jedyną mszę we wsi (Zatwarnica, 4 km). Lud w kościele okropnie fałszował, ale wpisaliśmy to na konto wczorajszych baletów. Po oczyszczeniu duchowym przyszedł czas na doznania estetyczne (wycieczka samochodowa na Hulskie we mgle), kawę (mniam), no i pora wreszcie gdzieś wyjść w teren - o 15.00 wyszliśmy na Smerek. Na szczycie i tak nie było nic widać, zjedliśmy kawałek czekolady, poszukaliśmy się we mgle i zeszliśmy z powrotem. Cała wycieczka, a właściwie przebieżka, bo tempo było dość fajne, trwała 3 godziny. A wieczór znowu był nasz. Nie dawałyśmy spokoju parkietowi ani facetom!
Dzień VI:
Dziwne wycieczki po nizinach i szybkie zmiany decyzji; Suche Rzeki - Dwerniczek - Ustrzyki Dolne

Kolejny dzień to niespodzianka - miałam jechać do domu... Byłam już spakowana, odwieziona do Ustrzyk Dolnych... Ostatecznie jednak jakimś "dziwnym trafem" Zielona pojechała do Krakowa, a ja ...wróciłam z Jackiem z powrotem. Trzeba było widzieć minę Bożeny i Damiana! Nawet ich całodniowa wycieczka w mrozie w dolinę Sanu nie spowodowała takiego wytrzeszczu ;)
Dzień VII:
Suche Rzeki - Przełęcz (standardowo, żółtym) - Wysokie Berdo (956, czarnym do końca) - Krysowa (840) - bacówka Jaworzec (605) - powrót tą samą drogą - 8,5 godz; sama trasa 8 godz.

W sobotę zyskałam za to jeszcze jeden wolny dzień, w którym mogliśmy pójść na Dwernik-Kamień (bez szlaku "na skróty" - groziło długą przeprawą po pas) albo do bacówki PTTK Jaworzec (jak się okazało, wcale nie była to łatwiejsza wycieczka). Wygrała ta druga opcja, powędrowaliśmy więc do tego miłego miejsca na odludziu, gdzie gospodarzą mili młodzi ludzie, którzy zupełnie nie chcieli nam pozwolić na powrót tego samego dnia (nieodpowiednie wyliczenie i opóźnienie spowodowane noszeniem wody ze strumienia sprawiło, że wyszliśmy o 11.00, w bacówce byliśmy o 15.00, skończyliśmy papanie o 15.30, a z powrotem jeszcze dobre 4 godziny drogi). Nasze rachunki jednak, chęć powrotu, znajomość terenu (Damian) i swoich możliwości sprawiły, że poszliśmy z powrotem, "do domku". O pozostaniu prawie nie było mowy. Szlak wszak dopiero co sobie przetarliśmy, jasno od śniegu, latarki mamy, a w ogóle to spieszy nam się ;) Obiecaliśmy wysłać SMS-a z Przełęczy, ale oczywiście wszystkie szesnaście komórek w takim momencie zamarza, psuje się, a bateria umiera, wypada albo wybucha. Z Suchych Rzek, dokładnie 4 godziny od wyjścia, mogliśmy jednak nadać przez radio komunikat do dyżurki na Połoninie, skąd wysłano wiadomość do Łukasza na Jaworcu. A tego pana i jego chatkę póki co możecie odwiedzić w internecie - www.jaworzec.com.pl Bacówka robi naprawdę dobre wrażenie! Herbata kosztuje tu 2 złote, a talerz barszczu z fasolą (nie tam jakiś gorący kubek) i chlebem "do woli" - 3 złote! Na wizytówce ponownie cytat z Bellona, a na jednej ze stron w internecie czytamy: "Bacówka leży na wysokości 605 m npm, na malowniczej łączce opodal rzeki Wetliny. Pomiędzy zalesionymi stokami Smereka, Siwarnej, Falowej i Czereniny ciągnie się długa, łagodna dolina, którą 50 lat temu zajmowały wsie Kobylskie, Jaworzec, Łuh i Zawój. Dziś w całej dolinie oprócz schroniska nie ma żadnej innej siedziby człowieka." Czy mówić coś więcej!? Powrót istotnie nie był łatwy - po ciemku, we mgle, z wiejącym wiatrem i z zapadaniem w standardzie. Dodatkowo duża część (może nie najdłuższa w metrach, ale na pewno czasowo) - to opcja z trawersowaniem zbocza. Nie ma to jak trawers śniegu po kolana i po szyję - podwójne zabójstwo. Według mnie najtrudniejszy tutaj odcinek - po schodzeniu z Wysokiego Berda do Przełęczy Orłowicza. Samo podchodzenie pod Berdo od strony Krysowej, choć też nie jest superlekkim spacerkiem, to pryszcz w porównaniu z takimi warunkami na zboczu. No ale my oczywiście z wyznaczonym kierunkiem "dom" (i ze śpiewem na ustach, chciałoby się rzec), szliśmy sobie dalej. Nasza determinacja była tak jasno określona, że nikt nie miał nawet cienia wątpliwości, że już za godzinę... mniam...
Dzień VIII - ostatni:
Suche Rzeki - Zakliczyn - Kraków - Jaworzno... a rano do domku...

No i nadszedł dzień powrotu... Godziliśmy się z tą myślą długo. Może jednak zostać do poniedziałku?! Po drodze odwiedziliśmy jeszcze parę fajnych miejsc, m.in. druha Bogdana - legendę Bieszczadzkiej Akcji Letniej ZHP i jego żonę Kasię w "Domu pod Akacjami" w Zakliczynie (na ścianie oryginalne zdjęcie Baden Powella...). Była chwila na herbatę i rozmowy o harcerstwie starszym. Odwiedziliśmy też - co niewątpliwie podkreślało rekreacyjny charakter wycieczki - kilka stacji benzynowych (m.in. jedną z nalotem 50-ciu rosyjskich turystów, a raczej turystEK, w kolejce do DAMSKIEJ toalety). Damiana ze smutkiem pożegnaliśmy w Krakowie, Bożenkę - w Tenczynku (cudna nazwa! ciekawe czy są Tenczynki jabłkowo-miętowe!? ;)), a mnie Jacuś, grzeczny chłopczyk, podwiózł do samego Jaworzna - była chyba 23.00. Nocowałam u Kasi i Radka (dzięki!), zaś nasz kierowca wracał jeszcze do Chrzanowa, a z samego rana - do Krakowa do pracy. Co za poświęcenie.
Ale jak tu się żegnać... PO CZYMŚ TAKIM!!!??? Jakie słowa, jakie gesty miałyby niby oddać to, co chciałoby się śpiewać!? Zdawkowe "cześć" czy "do widzenia"? Oklepane "wszystkiego najlepszego w Nowym Roku"? W takim nastroju... w takim towarzystwie... umiem tylko spuścić głowę i pomyśleć (zgadnij, Pkk!)

..."ja chcę jeszcze raz!"

Zobacz także fotografie z sylwestra 2003/2004