Klub na Google+

Klub na Google+

Partnerzy

 

Spotkania turystów


 

gazeta mazury

 

 

 

 

Relacja: Mój pierwszy Rajd z Klubem GRAŃ - TATRY 2013

Morze szumi. Tylko. A góry są piękne, zachwycające, tajemnicze – ile miejsc tyle odmiennych widoków. Jak w kalejdoskopie…. Nigdy nie są takie same. Kto raz w nie wejdzie – pokocha na zawsze. Od lat mnie fascynują. Wycieczki, wczasy tylko potęgowały niepokój, że to jeszcze nie to…

 

Że jest coś więcej i ja to więcej poznam. Nie marzą mi się ośmiotysięczniki…. Zaczęłam do Tatr… a na pewno dotrę do tych niższych Himalajów….. Kiedyś…. A dotrę tam, gdzie mi zdrowie,umiejętności i finanse pozwolą. Wiedziałam, że sama niczego nie dokonam, że muszę mieć pomoc i oparcie w kimś, kto kocha i rozumie góry bardziej niż Ja. Zaczełam szukać. Internet. Jedno kliknięcie w klawisz … i jest wspaniała grupa fascynatów !!! GRAŃ!

Bardzo szybko stałam się jedną z Was. To dzięki Waszej serdeczności poczułam się „ Góralką”!!!

 

Wiem, że góry nie zawsze są przyjazne, ale z fantastycznymi ludźmi można je obłaskawić (jak konia suchym chlebem – to żart). Nigdy nie będę indywidualistką, ponieważ bez wsparcia przyjaciół, góry mnie zjedzą, strawią i wyplują. Pokora wobec ich potęgi jest gwarancją bezpiecznych powrotów. Tak jak w sierpniu (2013)mój powrót z Tatr. Ja absolutna nowicjuszka byłam wtedy na pierwszej, wymarzonej, wyczekanej i spełnionej wyprawie, która rozpoczęła się w sierpniu 2013r.

 

A tak to się zaczęło…..

Spotkaliśmy się 2 sierpnia około godziny 18.00 na Dworcu Głównym w Olsztynie, po sprawdzeniu obecności przez kierownika Rajdu, Kaśkę i ostatnich zakupach ruszyliśmy do pociągu. Pożegnać i życzyć nam dobrej zabawy, przyszedł Węgorz, co było bardzo miłe z jego strony. W końcu pociąg ruszył, zajeliśmy dwa przedziały, po upchaniu plecaków i ulokowaniu się na siedzeniach, mogliśmy zająć się sobą… Milan umilał nam podróż ciekawostkami z dziedziny kolei, Marek i Elizka podzielili się z nami swoją pyszną nalewką, Kasia grała na gitarze a Marek Ogryzek, Elizka, Marek, Agata, Marta, Milan, Ania, p. Ania, Marta ja i Łukasz,śpiewaliśmy . I tak mijała na podróż.

 

Zakopane przywitało nas piękną słoneczną pogodą, niewyspani, ale w wyśmienitych humorach wysypaliśmy się z pociągu na peron. Naszym celem były Kuźnice a dalej schronisko na Hali Kondratowej. Otumanieni górskim powietrzem wpadliśmy na pomysł by do Kuźnic jednak nie jechać busem tylko iść piechotą, po drodze wstępując gdzieś na poranną kawę. Jak postanowiliśmy tak zrobiliśmy. I tak szliśmy jedni szybciej drudzy wolniej szliśmy i szliśmy i szliśmy, aż w końcu doszliśmy do tych Kuźnic zmęczeni i trochę źli na siebie za ten pomysł. Po odstaniu w kolejce po bilet wstępu do parku ruszyliśmy w górę zatrzymując się tylko na małe co nie co na Polanie Kalatówki i już dalej i coraz wyżej do schroniska. Kiedy w końcu dotarliśmy cali szczęśliwi, rzuciliśmy plecaki na prycze, szybki obiad i dalej w góry. Naszym celem był Giewont, ale po całonocnej podróży w ciasnych przedziałach i długim spacerze przez Zakopane, stwierdziliśmy, że idziemy na zimnie piwo do Hotelu na Kalatówkach a potem się zobaczy.

 

Gdy już orzeźwiliśmy zmęczone ciała zimnym piwem, a dusze opowiadanymi kawałami padł pomysł by iść na Sarnią Skałę (1377m npm) i wrócić Doliną Strążyńską. I tak też zrobiliśmy. Z Sarniej Skały rozciąga się widok na Śpiącego Rycerza i panoramę Zakopanego. Na ciesząc już oczy pięknymi widokami wróciliśmy do Kuźnic by znowu ledwo już powłócząc nogami wspinać się mozolnie pod górę na Kondratową. W schronisku czekał na nas Wojtek, a późnym wieczorem doszedł Kazik, Iwona i Klara, swoją droga bardzo polubiłam Klarę niesamowita dziewczynka.

 

Kiedy nadchodziła pora mycia, przeważnie to ludzie z Grani okupowali schody przy prysznicu, zajmując kolejkę do mycia. Ostatni niestety kąpali się w zimnej wodzie .Więc kiedy wracało się ze szlaku i im było bliżej schroniska zaczynał się wyścig na schody . Następnego dnia po zjedzeniu śniadania przed schroniskiem z widokiem na góry (cudownie), wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że idziemy na Giewont (1895 m npm) i Czerwone Wierchy.

Pogodę mięliśmy piękną, niebo bezchmurne, leciutki wietrzyk. Mozolnie wspinaliśmy się w stronę Kondrackiej Przełęczy a potem Śpiącego Rycerza. Na szczęście pod samą ścianą Rycerza nie było kolejki, także wspinanie się po „pierwszych” łańcuchach” szło sprawnie. Po herbatce, kanapce, i sesji zdjęciowej powolutku zaczęliśmy schodzić. Udając się na Kopę Kondracką (2005m npm),a następnie na Małołączniak (2096 m npm), tam też spędziliśmy dłuższą chwilę podziwiając panoramę Tatr Wysokich. Marek Ogryzek stwierdził, że mu mało i pobiegł, dosłownie pobiegł na Krzesanicę (2122 m npm), tam pomachał nam ze szczytu i biegiem wrócił . Po odpoczynku wróciliśmy do schroniska. W nocy była chyba burza, a może mi się to śniło. Piękne są Czerwone Wierch.

 

III dnia ruszyliśmy w stronę Kasprowego Wierchu (1987m npm), po drodze widzieliśmy rozkrzyczaną rodzinkę świstaków. To było bardzo strome i ciężkie podejście do przełęczy Pod Kopę Kondracką. Z przełęczy kierowaliśmy się w stronę Kasprowego Wierchu. Widoki były przecudne . Na początku były liczne zejścia i podejścia, potem już tylko szliśmy ściśle granią nad Doliną Goryczkową. Można z stąd podziwiać Krywań i Świnicę. Po dojściu do Kasprowego obowiązkowo herbatka, zwiedzanie, pieczątka i ruszamy w dalszą drogę, Naszym celem (moim, Łukasza i Marka O.) była Świnica (20301m mnp). Trochę się bałam bo to pierwsza poważna góra na którą miałam się wdrapać. Po przejściu rumowiska, za którym jest Świnicka Przełęcz moim oczom ukazała się ona wielka i groźna, stroma, ale ja się przestraszyłam. Ale raz kozie śmierć – jak to się mówi…..

Kasia z Wojtkiem byli już w połowie wejścia, za nami szedł Milan z Anią. Idziemy. I poszliśmy. Jak na złość zaczęła psuć się trochę pogoda, ale Łukasz mówił z tych chmur deszczu nie będzie, więc szłam do przodu, ale przyznam się, że strasznie się bałam. Byłam bardzo skupiona uważałam gdzie i jak stawiam nogi i za co łapię . Początkowo wspinanie po łańcuchach było łatwe, ale na końcowym odcinku droga prowadzi nad czeluściami Doliny Walentkowej. Tuż pod samym szczytem gdzie dochodzi droga prowadząca na Zawrat, minęliśmy się ze schodzącą Kasią i Wojtkiem. Pod szczytem zrobił się małym korek, bo jest tam odcinek, na który trudno się wdrapać. W końcu weszliśmy. Widok ponoć piękny, tam gdzie widać całe otoczenie Hali Gąsienicowej – chmury, tam gdzie Tary Zachodnie – chmury, widzieliśmy tylko Zadni Staw Polski . Mimo wszystko szczęśliwa i dumna bo dałam radę i już wiem,że na niejedną górę się wdrapię. Wieczorem po powrocie było pakowanie bo następnego dnia zmienialiśmy schronisko na Ornak.

Rano zjedliśmy śniadanie i wszyscy razem ruszyliśmy w dół. No prawie, bo Marek Ogryzek wstał bardzo wcześnie rano i samotnie ruszył do Olsztyna, przy okazji dla „śmiechu” podmieniając buty Iwonie… nie była z tego powodu zadowolona.

Ruszyliśmy, Łukasz, Kaśka, Kazik, Iwona, Klara Ania, Milan, Ania, Wojtek, Marta, Marcin, Ewa, Agata, Elizka, Marek z gitarą, p. Ania i ja. Wsiedliśmy w busa i ruszyliśmy do Zakopanego, tam w parku na trawce poczekaliśmy na Agatę, Karolinę, Patryka i jego tatę, Kingę i Krzyska, którzy dojechali z Olsztyna. Wsiedliśmy w busa i pojechaliśmy w stronę Doliny Kościeliskiej. Była piękna pogoda, więc idąc z wielkimi plecakami przepychaliśmy się przez olbrzymią ilość turystów. Po zakwaterowaniu się w pokojach, ruszyliśmy wszyscy razem, w stronę jaskiń. Najpierw wdrapaliśmy się do jaskini Raptawickiej, później przeczołgaliśmy się przez jaskinię Mylną, a na końcu poszliśmy naprzeciwko do Smoczej Jamy. Następnego dnia poszliśmy znów w stronę Czerwonych Wierchów przez Polanę Tomanową Wyżnią i Chudą Przełęcz by dotrzeć na Ciemniak (2096m npm), Krzesanicę (2122m npm),szczyt pokryty jest kopczykami, oczywiście ułożyliśmy swoje. Z powrotem ja z Łukaszem wróciliśmy tą samą drogą, a Kasia, Agata i Marcin poszli przez Dolinę Mietusią. Następny dzień to było „Apogeum”, to był najgorętszy dzień (temperatura sięgała prawie 40 stopni C),i strasznie męczący. Ja, która godzinami może gadać o górach i się w nie wgapiać, miałam dość, chciałam do domu, a wszystko przez to, że wzięliśmy za mało wody. Wyszliśmy wcześnie, szliśmy na Ornak (1854m npm), wdrapywaliśmy się po wysokich stopniach stromo w górę. po drodze mijaliśmy rosnące jagody, to było morze jagód, ja nigdy nie widziałam tak olbrzymiej ilości jagód w sensie owoców, których nie omieszkałam oczywiście posmakować mimo, że nie wolno. Na Ornaku posiedzieliśmy chwilę i zadzwoniliśmy do Wojtka, który wyszedł skoro świt, bo chciał sfotografować kozice (co oczywiście mu się udało), czekał na nas na Bystrej (2248m npm). Było strasznie, ale to strasznie gorąco, droga nie była ciężka, ale nam szło się strasznie długo. Zbyt mało wody i ciągłe pragnienie. Elizka, Marek, Agata, Milan i Ania poszli w stronę Starorobociańskiego Wierchu (2176m npm), a Łukasz, Marta,i Kaśka i ja w stronę Błyszcza i Bystrej. Doszliśmy do Garbowej Przełęczy, biegnie tu granica polsko – słowacka, gdzie zaczęło bardzo wiać . Z przełączki Bystry Karb wspinaliśmy się zakosami na Błyszcz(2159 m npm), gdzie czekał na nas Wojtek, i dalej na Bystrą. Skąd rozciąga się piękny widok na Tatry Zachodnie, i Tatry Wysokie. Posiedzieliśmy na górze, pogadaliśmy, popatrzyliśmy na góry i ruszyliśmy z powrotem. Byle szybko, w dół, byle do schroniska .Po dotarciu nie czekaliśmy na to kiedy włączą ciepłą wodę, lodowaty prysznic to było to czego nam było trzeba . Wieczorem, kiedy każdy się oporządził siedliśmy przed schroniskiem i śpiewaliśmy przy gitarze do późna w nocy. Następnego dnia tak jakby pogoda się troszkę popsuła, więc nigdzie się poszliśmy a po za tym co niektórzy chcieli odpocząć po wczorajszym upalnym dniu, Ja Iwona i Klara wzięłyśmy śpiwory i ległyśmy na trawie z książkami, gazetami. Poczytałyśmy, pogadałyśmy, poleżałyśmy, ale ja zaczęłam przebierać nogami, bo takie leżenie i nic nie robienie i to w Tatrach, to nie dla mnie. Więc zabrałam się z Elizką, Markiem i Agatą nad Smerczyński Staw. Podczas drogi niebo zaczęło cicho mruczeć, potem coraz głośniej, aż zaczęło grzmieć. Popatrzyliśmy na tańczące chmury i wróciliśmy do schroniska. Kiedy przekroczyliśmy próg lunął deszcz. Na dole w Sali jadalnej szpilki nie było gdzie włożyć, tylu ludzi się schroniło przed deszczem. Więc poszliśmy na górę, pograliśmy w karty, w gry planszowe. Większość naszych ludzi wybrała się do schroniska na Chochołowskiej i tam utknęła zajadając się ponoć pyszną szarlotką z bitą śmietaną i jagodami. Wieczorem,poszliśmy z Wojtkiem połazić po okolicy i porobić zdjęcia. Wieczory w schronisku mijały nam na graniu przez jednych w Tysiąca lub Makao, Marek „z gitarą” namiętnie układał wierzę z kart, a reszta piła grzane wino (ja) tudzież piwko, czytała lub spała . Tego tez wieczora pożegnali się z nami Milan z Anią, bo skoro świt ruszyli w stronę Olsztyna. Następnego dnia padało było zimno i brzydko. W takich okolicznościach przyrody przyszło nam zmienić schronisko z Ornaka na Roztokę.

Z Zakopanego busem pojechaliśmy do Palenicy Białczańskiej, potem w górę asfaltem do Wodogrzmotów Mickiewicza by odbić w lewo i w dół szlakiem zielonym ku Roztoce. Szlak prowadzi między powalonym lasem, gdzie niegdzie tylko stoją pojedyncze drzewa a reszta to smutny widok uschniętych kikutów drzew. Samo schronisko stoi na polanie, chatka wciśnięta w środek olbrzymiego lasu . Po zakwaterowaniu się w pokojach zasiedliśmy w jadalni i tak spędziliśmy resztę dnia.

 

Następny dzień obudził nas bezchmurnym niebem i pięknym słońcem. Ruszyliśmy w stronę Doliny 5 Stawów Polskich(ja i Łukasz), było dość wcześnie więc w 5 wypiliśmy kawę i ruszyliśmy dalej. Mijamy Przedni, Mały i Wielki Staw oraz dawne schronisko. Idziemy przez dolinę podziwiając wkoło stojące masywy, człowiek w obliczy tak olbrzymich skał i głazów wydaje się taki malutki nic nie znaczący. Pięliśmy się w górę zostawiając w dole stawy i schronisko. Doszliśmy do łańcuchów, po chwili już byliśmy na Szpiglasowej Przełęczy (2110m npm), do szczytu zostało nam kilka metrów łatwego podejścia. Widok ze szczytu (2172m npm) zapierał dech w piersiach. Widok na Rysy Mieguszowieckie Szczyty, Cubrynę, Morskie Oko, i Czarny Staw. Mogłabym tam siedzieć godzinami i patrzeć na Dolinę 5 Stawów, Orlą Perć i na Dolinę Piarżystą po stronie słowackiej, gdzie połyskuje Niżni Staw Ciemnosmerczyński. Po spędzeniu co najmniej godziny, wypiciu herbaty, ruszyliśmy w dół żółtym szlakiem do M. Oka, jest to dość łatwy szlak bardzo przyjemny i widokowy. Po drodze zatrzymaliśmy się by podziwiać stado kozic wygrzewających się na słońcu. Dalej zatrzymaliśmy się i wgapialiśmy się w taterników wspinających się na Mnicha.

Szliśmy w dół do Doliny Rybiego Ptoku i do „plaży” nad M. Okiem, gdzie była ogromna, ale to ogromna ilość turystów. Nawet nie próbowaliśmy wchodzić do schroniska, przedzierając się między ludźmi popędziliśmy do Roztoki. Tego dnia położyliśmy się dosyć wcześnie spać, bo następnego dnia naszym celem były Rysy (moje marzenie).

Wstaliśmy około 5 nad ranem (Kasia, Łukasz i ja),zjedliśmy siadanie, pożegnaliśmy się z Martą, która zapragnęła jechać w swoje ukochane Bieszczady, i ruszyliśmy.

Szliśmy szybkim krokiem w stronę Morskiego Oka, było prawie pusto. Było idealnie. W schronisku zatrzymaliśmy się na kawę z automatu. Niesamowite, siedzieliśmy w pustej jadalni schroniska i podziwialiśmy przez okno spokojną taflę stawu i ogrom Mięguszowieckich Szczytów. Ruszyliśmy do brzegu M.Oka, przeszliśmy przez drewniany mostek, pod którym wypływa Rybi Potok. Dalej obeszliśmy staw z lewej strony i doszliśmy pod Wielki Piarg, który opada spod Mięguszowieckich Szczytów (2438m npm). Przekroczyliśmy potok łączący Czarny Staw z Morskim Okiem i ruszyliśmy czerwonym szlakiem w górę . Kiedy doszliśmy nad Cz. Staw (1583m npm) oczom naszym ukazało się urwisko Kazalnicy Mięguszowieckiej (2159 m npm), przez które wiodą najtrudniejsze drogi wspinaczkowe w polskiej części Tatr. Zaczęło się chmurzyć, pogoda nie nastrajała optymistycznie w obliczu tych ogromnych ścian. Okrążyliśmy staw z lewej strony i zaczęliśmy piąć się ostro w górę, wzdłuż żlebu, kamiennymi stopniami. Doszliśmy ponad Bulę Pod Rysami, skąd rozciąga się przecudowny widok na Czarny Staw i niżej położone M.Oko, chwilę odpoczywamy delektując się widokami. Po odpoczynku dochodzimy do pierwszych łańcuchów, gdzie w brew krążącej opini wcale nie jest specjalnie trudno. Pniemy się pionowo w górę co rusz mijając się z turystami którzy schodzą ze szczytu. Przed samym wierzchołkiem trochę trudniejszy fragment ubezpieczony łańcuchem (w dole żleb i naprawdę duża przepaść). Po pokonaniu tej kilkumetrowej półki przeszliśmy na wschodnią stronę grani. Tutaj też jest spora przepaść, miejsce to ubezpieczone jest klamrą i łańcuchem, trzeba tu naprawdę bardzo uważać . W tym też miejscu zrobił się mały korek, ale dzięki wzajemnej uprzejmości obyło się bez stresów. W końcu docieramy na szczyt na Rysy (2499m mnp), jest tu trochę ludzi więc przechodzimy na stronę słowacką (2503m npm). Zaczęło strasznie wiać i zrobiło się zimno. Wiatr rozganiał chmury wyszło słońce. Widok jest wspaniały. Między Wysoką a Ciężkim Szczytem przelewały się chmury, wyglądało to pięknie. Gerlach w oddali też co jakiś czas wyłaniał się z za chmur. Po obfotografowaniu i posileniu się zaczęliśmy schodzić. Zejście dużo bardziej męczy.Odpoczywamy jeszcze na półce z widokiem na stawy. Jesteśmy bardzo zmęczeni, ale szczęśliwi, bo udało nam się wejść na najwyższy szczyt w Polsce – Rysy. Nad Czarnym Stawem spotkaliśmy Agatę, Karolinę, i Krzyśka, chwilę pogadaliśmy i popędziliśmy w dół . Postanowiliśmy obejść staw dookoła, co było wielkim błędem przez ogromną ilość turystów. Po drodze jeszcze spotkaliśmy Kingę z rodzicami i Patryka.

Wieczorem wszyscy razem zasiedliśmy do stołu, kierownik rajdu zorganizował test znajomości Tatr. Nieskromnie napiszę, że Łukasz i ja zajęliśmy I miejsce, potem były śpiewy, Kości, Makao no i oczywiście Marek i jego wierze z kart , tego też dnia dołączyła do nas Renia.

 

Ostatni dzień postanowiliśmy spędzić na Rusinowej Polanie, organizując sobie „ dzień sandała”. Rozłożyliśmy się na trawie, zrzuciliśmy trekingi, założyliśmy klapki i zajadaliśmy się oscypkami i buncem. Po leżakowaniu wybraliśmy się jeszcze do Wiktorówki, Wojtek wciągnął nas poszukiwanie tzw. Kesza czyli Geocaching, jest to gra terenowa użytkowników odbiorników GPS, polega na poszukiwaniu tzw. Skrzynek, które zawierają dziennik odwiedzin i nie tylko . Ile myśmy się naszukali, ile myśmy się nachodzili, ile myśmy się nawąchali zapachów z szaletów. Początkowo z wielkim entuzjazmem zaglądaliśmy pod każdy kamień, zaglądaliśmy w każdą dziurę, ale nasz zapał z minuty na minutę malał. Zrezygnowani usiedliśmy przy drewnianym stole, mój wzrok skierował się na stojący z boku karmnik dla ptaków, a może tam, i rzeczywiście obok karmnika stała ławka a pod nią magiczna czarna skrzyneczka, cieszyłam się jak dziecko. Otworzyliśmy skarby, Wojtek dorzucił swój, wszyscy się wpisaliśmy (Wojtek, Klara, Iwona, Kazik, Eliza, Marek, Łukasz i ja) i odłożyliśmy na miejsce. Wypiliśmy herbatę (nigdzie herbata nie smakuje tak jak w górach), obejrzeliśmy kościół i tablice pamiątkowe ludzi którzy w górach zostali na zawsze, i wróciliśmy ta samą drogą do Roztok. Po drodze złapał nas deszcz, ale padał krótko. Przy Wodogrzmotach Mickiewicza, Eliza znalazła jeszcze jedno magiczne pudełeczko  . Wróciliśmy dość wcześnie więc po obiedzie poszliśmy jeszcze nielegalnie przekraczając potok, na stronę słowacką posiedzieć pod wiatą na polanie, którą gdzieś z góry wypatrzył Wojtek.

Kinga tego dnia obchodziła swoje 18 urodziny, wieczór upłynął nam na śpiewach przy 2 gitarach. Rozśpiewało się całe schronisko, było bardzo sympatycznie. Późno w nocy poszliśmy spać, to była nasza ostatnia noc spędzona w górach. Rano spakowaliśmy się i ruszyliśmy do busa przeciskając się przez morze turystów, idących do Morskiego Oka.

W Zakopanem zostawiliśmy plecaki na dworcu i ruszyliśmy na Krupówki, by zrobić ostatnie zakupy przed odjazdem. Weszliśmy na Gubałówkę . Marek, Łukasz, Kazik i Klara zjechali kolejką grawitacyjną, po minach widać było, że dobrze się bawili. Ostatnie spojrzenie, przy schodzeniu na panoramę Tatr. Ostatnie zakupy. Obowiązkowo kubek gliniany do grzańca . Potem obiad, oczywiście pyszny placek po zbójnicku w sprawdzonej gospodzie, moje ulubione wino grzane i powoli, niechętnie kierowaliśmy się w stronę dworca by o 21 50 wsiąść do pociągu, który miał nas zawieść do codzienności, który miał za sobą zostawić moje ukochane Tatry na cały długo rok.

Tak jak już na początku pisałam to była wymarzona, wyczekana i spełniona wyprawa ze wspaniałymi ludźmi . 

 

Edyta Kunda.