Klub na Google+

Klub na Google+

Partnerzy

 

Spotkania turystów


 

gazeta mazury

 

 

 

 

Alpy Julijskie - 20-29 września 2011
Spis treści
Alpy Julijskie - 20-29 września 2011
Alpy Julijskie 2011 - strona 2
Alpy Julijskie 2011 - strona 3
Alpy Julijskie 2011 - strona 4
Wszystkie strony

Alpy Julijskie – wapienie połyskujące w słońcu

Przyjemnie usiąść i poczytać o czyichś podróżach. Najlepiej w wydaniu albumowym. Przepiękne zdjęcia, w kubku obok gorąca herbata bądź kawa (wedle gustu), w tle ulubiona, nastrojowa muzyka. Na talerzyku kilka okruchów po zjedzonej właśnie paczce chrupiących ciasteczek. I niewysłowiona tęsknota z jeszcze bardziej nienazwanym postanowieniem, że w kolejne wakacje też gdzieś pojadę. W końcu czy to tak trudno spakować plecak i pojechać? Teraz świat stoi otworem…

 

Więc pojechałem. Spakowałem plecak, nie zapominając o niezbędnym ekwipunku i jedzeniu. W zasadzie pojechaliśmy, gdyż nasza grupa liczyła sześć osób. Michał – główny organizator, Tomek, Mariusz, Piotr z Asią i ja, czyli Kazik. Ustaliliśmy, że będą to Alpy Julijskie. Nikt z nas tam jeszcze nie był, więc zapał był tym większy. Odkrywanie rzeczy nieznanych zawsze wzbudzało we mnie pewną ekscytację. Poza tym człowiek z reguły nie wie, co go niedługo czeka. I tym lepiej…

Do Słowenii najlepiej dotrzeć samochodem i tak też postanowiliśmy uczynić. Z zapakowanym po brzegi bagażnikiem, również tym na dachu, udaliśmy się w podróż. Wyjazd zaplanowany na punkt 20.00. Ale… Potężna ulewa opóźniła odjazd o 2 godziny. Przed nami tylko 9 godzin jazdy po polskich drogach w stronę czeskiej granicy. Doświadczenie niesamowite. Jakiejkolwiek fenomenalnej atrakcji turystycznej byśmy obcokrajowcom nie wymyślili i tak pojadą dokądkolwiek indziej. Tam, gdzie są drogi. Chyba, że będzie to ekstremalny rajd na orientację po lokalnych bezdrożach. Na szczęście po przekroczeniu granicy już tylko nużąca droga czeskimi i austriackimi autostradami do kraju naszych słowiańskich braci.

Docieramy do campingu w Dovje w sobotę 20 sierpnia po 20 godzinach jazdy samochodem. Szybkie rozbicie namiotów, rozpakowanie, kąpiel i dyskusje nad rozłożoną mapą. W zasadzie wszystko było już omówione wcześniej, ale na miejscu wygląda to zawsze trochę inaczej.

 

W poszukiwaniu via ferraty

W niedzielę (21 sierpnia) budzimy się jeszcze zmęczeni podróżą, ale w wyśmienitych nastrojach. Pogoda nam sprzyja. Przed przyjazdem cały tydzień padał deszcz, ślady widać jeszcze na campingu. My zaś mamy słońce, lekki wiaterek i żadnej chmurki na niebie. Po szybkim śniadaniu kompletujemy sprzęt autoasekuracyjny i całą szóstką jedziemy samochodem do Kranjskiej Gory. Zamierzamy w ramach rozgrzewki wejść na Malą Mojstrovkę (2332 m). Wyczytaliśmy w przewodniku, że trasa jest łatwa, a na krótkim odcinku są via ferraty. Tam przećwiczymy zakładanie uprzęży i przypinanie się lonżą do stalowych lin.

Wąskimi serpentynami docieramy do parkingu na przełęczy Vršič (1611 m). Pełni energii i entuzjazmu kierujemy się na południe (zamiast na północ – tak przynajmniej polecają znawcy tych gór) ścieżką wśród kosodrzewiny, potem w górę po lekko osuwających się kamieniach. Po minięciu niewielkiej przełęczy skręcamy w prawo i pod granią Grebenec idziemy w stronę Malej Mojstrowski. Potem pniemy się nieznacznie w górę po skalnych płytach pokrytych drobnym szutrem. Droga jest długa i męcząca, gdyż co pewien czas nieznacznie zjeżdżamy w dół po szutrze. We znaki daje się też palące słońce. Nie dość, że idziemy odkrytym południowym stokiem, to jeszcze wyjechaliśmy z biwaku dość późno i przepiękne sierpniowe słoweńskie słońce mamy w całej okazałości. Całe szczęście, że wzięliśmy duży zapas wody.

W końcu dotarliśmy na szczyt. Widoki przepiękne na Jalovec i Mangart. Nie będziemy tam, niestety, wchodzić podczas tego wyjazdu, więc chociaż popatrzymy. Krótki odpoczynek i czas sposobić się do zejścia. Gdzieś musi być w końcu ta via ferrata Hanzova pot, więc zakładamy całe oporządzenie i schodzimy w dół stromą północną ścianą. Zaczynamy już dobitnie rozumieć, że na dole poszliśmy tak naprawdę w niewłaściwym kierunku. Na szczęście wszyscy w komplecie, choć niektórzy z lekkim strachem w oczach, stajemy na tarasie pod szczytem. Rozglądamy się za znakami wskazującymi trasę, czyli za jakimiś maźnięciami czerwoną farbą na skałach bądź kopczykami kamieni. Nic, więc widząc w dole parking, skręcamy w prawo i przez kamienne osypisko wędrujemy w dół. Potem okazuje się, że właściwy szlak prowadził w lewo ostro w dół. Cóż, musimy się nauczyć chodzić po tych górach, ale jak na pierwszy dzień nie jest źle. Zmęczeni, trochę rozczarowani, ale cali wracamy na camping. Szkoda, że nie sprawdziliśmy działania sprzętu.