Klub na Google+

Klub na Google+

Partnerzy

 

 

 

 

 

 

Spotkania turystów

gazeta mazury

-

Alpy Julijskie - 20-29 września 2011 - Alpy Julijskie 2011 - strona 4
Spis treści
Alpy Julijskie - 20-29 września 2011
Alpy Julijskie 2011 - strona 2
Alpy Julijskie 2011 - strona 3
Alpy Julijskie 2011 - strona 4
Wszystkie strony

Na szczyt! I… w dół!

W schronisku pod Triglavem pobudka rano. Zresztą w dusznej sali na wąskiej pryczy i tak kiepsko się spało. Chcemy (ja i Michał) wejść na szczyt i zejść z niego, zanim dotrą tu ci, którzy zamierzają zdobyć Triglav w przeciągu jednego dnia. Tłok na szlaku nie sprzyja wspinaczce.

Na początku idziemy spokojnie lekko opadającym kamiennym płaskowyżem do podnóża Malego Triglava (2725 m). Tutaj szlak pnie się stromo dobrze ubezpieczoną granią. Tłumu nie ma, ale kask się przydaje ze względu na spadające co pewien czas drobne kamyki. Warto się przypinać podczas mijanek. Dla tych, którzy boją się, że monotonia wspinaczki może ich znużyć, polecamy czytanie wmurowanych co kilka metrów w kamienną ścianę tabliczek upamiętniających tych, którzy zginęli na tym szlaku. Jest ich wiele… .

W miarę szybko wchodzimy na Maly Triglav, a z niego wąskim, ale bardzo dobrze ubezpieczonym grzbietem przemieszczamy się na Triglav (2864 m). Przejrzyste niebo, czuć lekki, chłodny wiaterek. Na szczycie dużo miejsca i coraz więcej ludzi. Nasz wzrok przykuwa sprzedawca napojów. Można kupić coca-colę, piwo, a nawet coś mocniejszego… . Ceny odpowiednio wysokie, w końcu to najwyższa góra Słowenii. Na szczycie znajduje się metalowa wieżyczka – Aljažev stolp. Przyglądamy się miejscowemu zwyczajowi. Słoweńcy wkładają głowę w otwarte drzwiczki wieżyczki, a ich towarzysze uderzają ich symbolicznie w pośladki zwiniętą liną, specjalnie w tym celu tu wnoszoną.

Każdy ze Słoweńców powinien chociaż raz w życiu wejść na Triglav, więc wchodzą. Starsze osoby – tym można tylko pozazdrościć kondycji; młodzi ludzie – mają zarówno odpowiednią kondycję, jak i pieniądze (przynajmniej niektórzy) na uczczenie wejścia zakupionym na szczycie za 12 euro piwem. Nie brakuje też rodziców prowadzących (lub wciągających) na lince swoje dzieci, a nawet wnoszących je w nosidełkach. Da się zauważyć, że osobną grupę stanowią turyści z Niemiec – zabezpieczeni linami i idący gęsiego za przewodnikiem (duże utrudnienie przy mijance). Jedno trzeba jednak powiedzieć – nie spotkaliśmy nikogo w szpilkach ani w tenisówkach, co jest nie do pomyślenia w polskich górach.

Po serii pamiątkowych zdjęć, takich albumowych i do pochwalenia się znajomym (nie zapomnieliśmy też o takich do wszelakiego typu kronik), wracamy tą samą trasą. Droga nie wydaje się już taka długa i monotonna. Skupiamy się bardziej na podziwianiu widoków, więc szybko dochodzimy do parkingu. Zabieramy się stopem z jedną Słowenką (zetknęliśmy się kilkakrotnie na szlaku), po którą przyjechał mąż. Jadąc w klimatyzowanym aucie i popijając zimne piwo, mamy okazję porozmawiać z miejscowymi.

Tomek i Mariusz w tym dniu również nie próżnowali. Po wczorajszym chlapaniu w jeziorze, postanowili się trochę powspinać przy granicy słoweńsko-włoskiej. Pojechali do skoczni narciarskiej w Planicy. Stamtąd przeszli Doliną Planicy do schroniska Dom w Tamarje (1308 m) i weszli na szczyt Sredaja Ponca (2228 m), a z niego na Visoką Poncę (2274 m). Pod koniec zaliczyli średnio trudną via ferratę. Na camping wrócili po południu, gdyż już wszyscy zaczynaliśmy się powoli pakować. Biwakowaliśmy tu już 7 dni i czas było wracać do domu.

 

Adriatyk, Piran, Lublana i… dom

Jeszcze planując wyjazd w kraju, ustaliliśmy, że również trochę Słowenię zwiedzimy. I oczywiście wykąpiemy się w Adriatyku. W piątek (26 sierpnia) załatwiliśmy więc wszelkie formalności związane w opuszczeniem campingu polegające na uszczupleniu naszych skromnych zasobów lokalnej waluty, spakowaliśmy większość rzeczy i nastawiliśmy się na poranną pobudkę.

Wyruszyliśmy o przyzwoitej porze i już przed południem byliśmy na plaży w miejscowości Izola. Woda czysta i ciepła (28 stopni), plaża z zasadzie też. Jedynym jej minusem był fakt, iż była… betonowa. Po zażyciu orzeźwiającej kąpieli pojechaliśmy do położonego na półwyspie miasteczka Piran. Jeszcze tylko zaparkowanie samochodu przed nim (wjazd autem do miasta jest zabroniony) i krótki spacer nadbrzeżnym deptakiem.

W Piranie czas jakby się zatrzymał. Przepiękne, wąskie, zacienione uliczki, z lekkim chłodnym wiaterkiem wiejącym od morza. Cisza, spokój i nieliczni turyści. Brakowało nawet, będących wizytówką tej miejscowości, kotów (jeden wyszedł leniwie rozespany, pozostałe pewnie ukryły się przed palącym słońcem i czekały na ciepły wieczór). Z kościelnego wzgórza przepiękny widok na pokryte czerwoną dachówką dachy domów i lazurową wodę z przesuwającymi się wolno sylwetkami jachtów. I kontrastujący z tym wszystkim położony w centrum rynek. Może nie on sam, ale dostępny tam asortyment – poza lokalnymi pamiątkami i starociami, wiele pozostałości po niedawnych walkach: pozostałości broni, mundurów, hełmy itp. Podejrzewam, że przy odpowiednich znajomościach można by się tam nieźle uzbroić…

Czas jednak opuścić przeurocze miasteczko i udać się w drogę powrotną. Przed nami Lublana, stolica Słowenii. Jak na stolicę, miasto jest niewielkie (liczy 250 tysięcy mieszkańców), ale równie malownicze i z bardzo bogatą historią, gdyż powstało już za czasów rzymskich. Naszą wędrówkę zaczynamy od pamiątkowego zdjęcia ze smokiem strzegącym mostu na rzece Lublanice. Przepływa ona przez środek starego miasta, a po obu jej stronach sympatyczne deptaki, w dużej mierze zajęte przez restauracje. Udajemy się na plac przed Uniwersytetem, podziwiając po drodze secesyjne kamieniczki. Z ponad godzinnego spaceru wyrywa nas nadchodząca burza, a wraz z nią rzęsisty deszcz. Szybko wracamy do samochodu i kontynuujemy powrotną jazdę. Od tej pory burze i deszcze towarzyszyć nam będą do samej polskiej granicy, jakby chciały nadrobić swą ponad tygodniową bezczynność. Co chwila nocne niebo rozdzierają wstęgi błyskawic.

Po ponownej tułaczce dziurawymi, wiecznie remontowanymi polskimi drogami znów w domu. Minęło 10 dni od wyjazdu. Znowu siedzę w fotelu z ulubioną kawą. Obok wygodne łóżko, a nie karimata ze śpiworem. Nad głową dach i to bynajmniej nie namiotu. W kącie jeszcze nierozpakowany plecak i dużo nowych wrażeń. W głowie zaś kiełkująca nieśmiało myśl, gdzie by tu wybrać się następnym razem…

 

(c) Kazimierz Kisielew