Klub na Google+

Klub na Google+

Partnerzy

 

 

 

 

 

 

Spotkania turystów

gazeta mazury

-

Alpy Julijskie - 20-29 września 2011 - Alpy Julijskie 2011 - strona 3
Spis treści
Alpy Julijskie - 20-29 września 2011
Alpy Julijskie 2011 - strona 2
Alpy Julijskie 2011 - strona 3
Alpy Julijskie 2011 - strona 4
Wszystkie strony

 

Na Luknję i na Triglav (niezamierzenie)

Tym razem wstaliśmy rano. Może nie tak całkiem, jak nasi greccy sąsiedzi, którzy przybyli wczoraj wieczorem i wstali o 4 rano z zamiarem wspięcia się północną ścianą na Triglav, najwyższy szczyt Alp Julijskich, ale jednak o na tyle przyzwoitej porze, że o 8 już dojechaliśmy samochodem doliną Vrata do parkingu przy schronisku Aljažev dom (1015 m). Postanowiliśmy się rozdzielić. Mariusz i Tomek aż rwali się na jakąś ferratę. Uzgodniliśmy, że pójdą trasą Tominškova pot pod szczyt Begunjski vrh (2461 m) i zejdą w dół ferratą Pot čez Prag. Nasza czwórka zaś relaksacyjnie powędruje na przełęcz Luknja (1758 m).

Rozdzieliliśmy się przy pomniku poświęconym poległym podczas II wojny światowej partyzantom walczącym w Alpach (wielki hak z nie mniejszym karabinkiem wspinaczkowym). Zresztą Słoweńcy mają ciekawy zwyczaj upamiętniania osób, które zginęły w górach poprzez wmurowywanie tabliczek z imieniem, nazwiskiem, datą urodzin i śmierci oraz jej przyczyną. Trzeba przyznać, ze skłaniają do zastanowienia i większej uwagi. Ktoś kiedyś powiedział, że „w górach każdy ma prawo się zabić”, ale nie każdy przecież musi.

Wróćmy jednak do wędrówki. Tomek i Mariusz skręcili w lewo i minęli suche koryto potoku Bistrica, my udaliśmy się prosto ścieżką przez bukowy las. Po wyjściu z niego po lewej stronie okazała północna ściana Triglava, z widocznymi gdzieniegdzie wieńczącymi stożki piargowe połaciami śniegu. Szlak piął się niezbyt stromo w górę. Ciekawej zaczęło się robić dopiero przy wejściu na samą przełęcz. Czekał tam kilkusetmetrowy mozolny, mocno nachylony odcinek biegnący piargiem. Drobne kamienie osypujące się spod butów skutecznie utrudniały wejście. Ale było warto. Słońce, zielona trawa i lekki wiaterek idealnie współgrały z przepięknym widokiem na dolinę oraz ferratę Bambergova pot. I skłaniały do krótkiej drzemki, szczególnie mnie…

W drodze powrotnej zaryzykowałem i postanowiłem schodzić po tych kamyczkach skokami, posiłkując się przy tym trzymanymi w rękach kijkami. Technika okazała się skuteczna i niejako zjeżdżając slalomem w ciągu paru minut dotarłem na skraj piargu. Buty na szczęście wytrzymały. Michał, Asia i Piotr wybrali tradycyjną metodę schodzenia (czyli szli wolno i ostrożnie). Czekając na nich, zdążyłem nawet troszkę zmarznąć. Już w komplecie skręciliśmy w lewo, aby dojść do Bivaku pod Luknją, a stamtąd udaliśmy się w kierunku rozwidlenia drogi na Sovatnę. Widoki przepiękne – teraz po prawej mieliśmy północny masyw Triglava, już częściowo oświetlony słońcem, a po lewej podziwialiśmy południową ścianę Bovškiego Gamsovca. Wapienie odbijające słoneczne światło sprawiały wrażenie, jakby góry pokryte były śniegiem. Złudzenie to jest tak silne, że przez cały pobyt często zastanawialiśmy się, czy widniejący w oddali stożek piargowy nie jest przypadkiem zalegającym tu jeszcze od jesieni śniegiem. Czasami jest to istotne, gdyż woda w Alpach Julijskich to poważny problem. Są to góry wapienne i w wyższych partiach w ogóle nie ma wody. Na domiar złego wapień w wyniku erozji kruszeje i unoszący się pył dodatkowo wszystko wysusza. Przy dużych upałach, a na takie akurat wtedy trafiliśmy, w górach oddycha się suchym powietrzem wypełnionym jakby wapiennym pyłem. Ale dość dygresji…

Szybko doszliśmy do rozejścia szlaków (już nauczyliśmy się znajdować oznaczenia w wyższych partiach i przestaliśmy się gubić) i poszliśmy w prawo w Bukovlje. Przepiękny, gęsty bukowy las porastający łagodne zbocze dawał przyjemny cień. Tak po zrobieniu pętli wróciliśmy pod schronisko Aljažev dom z zamiarem czekania na powrót Mariusza i Tomka. Co prawda według naszych wyliczeń, to raczej oni powinni na nas czekać, ale nie znaliśmy (i oni zresztą też) trudności tych via ferrat. Po kilku telefonach ustaliliśmy, że marsz idzie im mozolnie, mamy jechać na camping, a jak zejdą w ferraty Pot čez Prag, to zadzwonią. Coś nam tu nie pasowało, ale skoro są żywi i we w miarę dobrej kondycji…

Zadzwonili późno w nocy, że już zeszli z ferraty. Piotr pojechał po nich i przywiózł dwa wymęczone cienie. Nasze przypuszczenia okazały się słuszne. Gdy już via ferratą Tominškova pot dotarli do schroniska Dom Valentina Staniča, postanowili zaryzykować i… ruszyć na Triglav (2864 m). Przed południem, ładna pogoda. Szybko ruszyli pod Triglavski dom, a potem dobrze ubezpieczonym szlakiem na najwyższy szczyt Alp Julijskich. Trudniej było jednak zejść. Pokonanie w ciągu kilku godzin ponad 1800 metrów przewyższenia dla osób na co dzień mieszkających na wysokości około 100 m n.p.m. Zmęczenie dało się we znaki. Tym bardziej, że trudną drogę Pot čez Prag pokonywali już prawie po ciemku. Na koniec sił dodawała im chyba tylko adrenalina, gdyż już na biwaku potrzebowali ponad godziny, aby uspokoić rozdygotane mięśnie. Ale swego dopięli…

Starą mulatierą

Czwartek, 25 sierpnia. Mariusz i Tomek po wczorajszym wyczynie są ledwo żywi. Nigdzie nie zamierzają iść. Za to ja z Michałem stwierdzamy, że nadszedł czas wejścia na Triglav (2864 m). Nie chcemy ani sobie, ani nikomu nic udowadniać. Po prostu chcemy tam spokojnie wejść. Wybraliśmy trasę dwudniową, gdyż po pierwsze chcemy mieć przyjemność ze spokojnej wędrówki, a po drugie zobaczyć co nieco po drodze i zrobić kilka ładnych pamiątkowych zdjęć.

Wędrówkę rozpoczynamy od parkingu przy schronisku Kovinarska koča. W ogromnym upale idziemy powoli starą mulatierą z okresu I wojny światowej. Po powrocie dowiedzieliśmy się, że przez te dwa dni były w Słowenii największe upały od 15 lat. Teraz jednak czas marszu doliną Krma urozmaicają nam widoki na, obniżające się z każdym przebytym kilometrem, górskie szczyty. Po pokonaniu wcale dużego głazowiska wychodzimy na mały płaskowyż Konjski preval (2020 m). Skręcamy w prawo i kierujemy się wąską ścieżką w górą. Jesteśmy już poza strefą kosodrzewiny i tylko gdzieniegdzie między kamieniami zielenią się kępki trawy. Słońce w zenicie i żadnego cienia. Wzięliśmy spory zapas wody, ale staramy się ją oszczędzać. Ostatnie źródło było kilkaset metrów niżej.

Po południu docieramy do schroniska Triglavski dom (2515 m). Instalujemy się w wieloosobowej sali za cenę 23 euro od głowy. W zamian miejsce na wąskiej, piętrowej pryczy. Idziemy zwiedzać okolicę. Przepiękny widok na polodowcowy kocioł z różnymi krasowymi formami. Widać liczne szczeliny i resztki niewytopionego śniegu. W oddali schronisko Dom Valentina Staniča. Naszą uwagę przykuwa betonowa konstrukcja służąca do łapania wody deszczowej. Schronisko pod Triglavem boryka się z jej brakiem. Czerpie wodę z zanikającego Triglavskiego ledenika (lodowczyka) i rzadkich opadów. Zbliża się wieczór. Nim pójdziemy do dusznej i zatłoczonej sali, podziwiamy zachodzące słońce i kładące się po kamieniach coraz dłuższe cienie.

W tym czasie rano reszta ekipy wpakowała się w samochód i wyruszyła do miejscowości Bled, popływać w jeziorze (Blejsko Jezero). Woda kryształ, w dodatku bardzo ciepła. Trzy dni wcześniej Mariusz próbował pływać w górskim potoku, ale woda miała w nim temperaturę zbliżoną do temperatury lodu. Teraz mieli zdecydowanie lepiej. W dodatku przepiękny widok na górujący nad jeziorem zamek Blejski Grad. Cena wejścia do niego była trochę odstraszająca (ich odstraszyła skutecznie), podobnie zresztą z opłatą za wejściówkę na plażę. Cóż, zawsze można wykąpać się obok, w końcu woda ta sama…