Klub na Google+

Klub na Google+

Partnerzy

 

 

 

 

 

 

Spotkania turystów

gazeta mazury

-

Alpy Julijskie - 20-29 września 2011 - Alpy Julijskie 2011 - strona 2
Spis treści
Alpy Julijskie - 20-29 września 2011
Alpy Julijskie 2011 - strona 2
Alpy Julijskie 2011 - strona 3
Alpy Julijskie 2011 - strona 4
Wszystkie strony

 

Przez Wielkie Okno na Prisojnik

W poniedziałek już nie chcemy ryzykować ominięcia via ferraty. W końcu po to tu przyjechaliśmy. Ponowne przyjeżdżamy na parking na przełęczy Vršič i wybieramy trudny szlak na Prisojnik. Idziemy w czwórkę, gdyż Piotr z Asią postanowili aż tak bardzo nie ryzykować i wybrali łatwiejszą trasę na ten sam szczyt via ferratą Jubilejna pot. Wejście potraktowali trekingowo i po podziwianiu widoków zawrócili z ferraty.

Nasza czwórka udała się w kierunku schroniska Tičarjev dom, a następnie łagodną ścieżką wśród rosnących tu niewysokich drzew iglastych. Po spokojnym, dłuższym spacerku dochodzimy do zachodniej ściany Prisojnika i początku via ferraty Kopiščarjeva pot. Na to właśnie czekaliśmy. Zakładamy uprzęże, wkładamy kaski, wpinamy lonże i pełni entuzjazmu oraz lekkiego lęku przemieszczamy się po pionowej ścianie, następnie trawersem w górę. Widoki przepiękne. Najtrudniejsze jednak dopiero przed nami – zbliżamy się do pionowego komina. Korzystając z metalowych kołków idziemy w górę do momentu, gdy szczelina skręca w lewo i robi się coraz węższa. Przeczołgujemy się te kilka metrów i po krótkiej wspinaczce dochodzimy do kotła zasłanego piargami. Wrażenia niesamowite. W takich momentach nie czuje się strachu, a adrenalina dodaje energii.

Znów marsz w dużej ekspozycji wąską ścieżką, miejscami o szerokości 10-20 cm, powoli w górę. Dochodzimy do Wielkiego Okna. Dopiero teraz widać jego ogrom – 80 metrów wysokości! I ten widok oraz odgłos spadających z jego sufitu kropel wody i rozbijających się o kamienie. Wrażenie cichej, uśpionej grozy. Mariusz i Tomek wchodzą w cienistą zimną czeluść okna pierwsi. Gdy są w połowie drogi, od sufitu odrywa się sporej wielkości głaz i z potężnym hukiem rozbija się na dole na drobne kawałki. Mariusz z Tomkiem dosłownie w ułamku sekundy przylegają do dna okna tak dokładnie, że przez chwilę ich nie widać. Osypuje się na nich kilka drobnych kamieni odbijając się od kasków i plecaków. Podrywają się i w ekspresowym tempie wspinają się po pionowej ścianie korzystając z metalowych kołków, lin, klamer i wykutych w skale stopni, byleby tylko jak najszybciej opuścić niebezpieczne miejsce.

Ja z Michałem dopiero wchodzimy w Wielkie Okno. Już nie podziwiamy od środka jego wielkości, lecz staramy się je jak najszybciej opuścić. Kolejny oderwany głaz może już nie spaść kilka metrów od nas, lecz bliżej… Wychodzimy na krawędź okna do chłopaków. Widok zapierający dech w piersiach. Po krótkim odpoczynku kierujemy się na lewo, a właściwie wspinamy po bardzo stromej ścianie. Potem po kolejnej, aż dochodzimy do wąskiego, lecz w miarę płaskiego grzbietu. Z lewej strony już widać szczyt Prisojnika (2547 m). Wzmaga się wiatr. Mariusz z Tomkiem postanawiają wejść na szczyt, my zostajemy i obserwujemy ich wspinaczkę. Z wejściem nie mieli problemów, lecz zejście stanowiło dla Mariusza dużą trudność. Gdy przez kilka minut stał przytulony do skał w połowie ściany i nie wiedział, gdzie postawić stopę, zaczęliśmy się niepokoić. Tym bardziej, że nie było tam żadnych zabezpieczeń. W końcu jednak ochłonął i powoli zszedł.

Teraz pozostało już tylko wrócić na parking. Zejście do Wielkiego Okna okazało się bardzo męczące. Popołudniowe słońce mocno prażyło i w tym upale trzeba było ostrożnie opierać dłonie i stopy na wyślizganych wapieniach. Chwilowa nieuwaga mogła skończyć się tragicznie. Ominęliśmy okno i zaczęliśmy schodzić w dół południowo-zachodnią ścianą. Po pewnym czasie pojawiła się w miarę widoczna ścieżka. Dużą jej wadą były osypujące się spod nóg kamienie i duże nachylenie. W takich warunkach łatwo o kontuzję. Na szczęście bez większych przeszkód dotarliśmy do rozległych piargów pod zachodnią ścianą Prisojnika, a stamtąd na przełęcz Vršič. Mimo dłuższej trasy i większych przewyższeń byliśmy mniej zmęczeni. Widomy znak, że się już powoli aklimatyzujemy.

 

Łatwe wejście na Sleme…

23 sierpnia (wtorek) postanowiliśmy odpocząć i udać się w jakąś łatwą trasę. Dzień wcześniej wieczorem wysłaliśmy Piotra, który podczas wyjazdu pełnił odpowiedzialną rolę tłumacza, aby zasięgnął informacji w recepcji campingu. Wziął mapę i po kilkunastu minutach wrócił z zaznaczoną trasą. Żadnych via ferrat i wspinania się po skałach. Droga w cieniu wśród drzew. W dodatku początek trasy niedaleko od obozowiska. Na szczyt Sleme (2077 m). W porównaniu z wczorajszym dniem wydawało się niewysoko. Jakoś tak nikt nie pomyślał, że przełęcz Vršič (1611 m) znajdowała się trochę wyżej niż nasz camping w Dovje (704 m).

Ruszyliśmy. Entuzjazm jednak szybko prysł. Droga wiodła leśną ścieżką stromo pod górę. Mimo cienia nieznośny upał i żadnych powiewów wiatru. Do tego brak ładnych widoków, tylko las, las i las. Ta monotonia szybko zaczęła nas nużyć. Łatwa w założeniu trasa stała się dla nas psychicznie i fizycznie wyczerpująca. Zrobiliśmy więc tylko około 900 m przewyższenia do najbliższej śródleśnej, malowniczej polanki. Miejsce akurat na popołudniową drzemkę. Co prawda nie wszyscy byli tak mało ambitni – tylko ja, Mariusz i Michał. Piotr, Asia i Tomek postanowili piąć się dalej, lecz mimo chęci i uporu na szczyt Sleme nie dotarli. Cóż, zrozumieliśmy, że nasze pojęcie łatwej trasy i pojęcie miejscowych w tym względzie, to dwie zupełnie różne rzeczy. Nauczeni tym doświadczeniem postanowiliśmy na jutrzejszy dzień sami zaplanować sobie łatwą trasę. Plusem było to, że wracaliśmy do campingu przez Mojstranę. Zwiedziliśmy więc tę małą, urzekającą miejscowość oraz odwiedziliśmy lokalny market. A trzeba przyznać, że słoweńskie zimne piwo, szczególnie po kilku godzinach wspinaczki w upalnym, wilgotnym powietrzu, ma niepowtarzalny smak… Wino z dojrzewających tu czerwonych winogron też jest niczego sobie. Podobnie z owocami. Tutaj prym wiódł Mariusz, wybierając te najbardziej egzotyczne i nieznane.