Klub na Google+

Klub na Google+

Partnerzy

 

 

 

 

 

 

Spotkania turystów

gazeta mazury

-

Alpy Julijskie - 20-29 września 2011
Spis treści
Alpy Julijskie - 20-29 września 2011
Alpy Julijskie 2011 - strona 2
Alpy Julijskie 2011 - strona 3
Alpy Julijskie 2011 - strona 4
Wszystkie strony

Alpy Julijskie – wapienie połyskujące w słońcu

Przyjemnie usiąść i poczytać o czyichś podróżach. Najlepiej w wydaniu albumowym. Przepiękne zdjęcia, w kubku obok gorąca herbata bądź kawa (wedle gustu), w tle ulubiona, nastrojowa muzyka. Na talerzyku kilka okruchów po zjedzonej właśnie paczce chrupiących ciasteczek. I niewysłowiona tęsknota z jeszcze bardziej nienazwanym postanowieniem, że w kolejne wakacje też gdzieś pojadę. W końcu czy to tak trudno spakować plecak i pojechać? Teraz świat stoi otworem…

 

Więc pojechałem. Spakowałem plecak, nie zapominając o niezbędnym ekwipunku i jedzeniu. W zasadzie pojechaliśmy, gdyż nasza grupa liczyła sześć osób. Michał – główny organizator, Tomek, Mariusz, Piotr z Asią i ja, czyli Kazik. Ustaliliśmy, że będą to Alpy Julijskie. Nikt z nas tam jeszcze nie był, więc zapał był tym większy. Odkrywanie rzeczy nieznanych zawsze wzbudzało we mnie pewną ekscytację. Poza tym człowiek z reguły nie wie, co go niedługo czeka. I tym lepiej…

Do Słowenii najlepiej dotrzeć samochodem i tak też postanowiliśmy uczynić. Z zapakowanym po brzegi bagażnikiem, również tym na dachu, udaliśmy się w podróż. Wyjazd zaplanowany na punkt 20.00. Ale… Potężna ulewa opóźniła odjazd o 2 godziny. Przed nami tylko 9 godzin jazdy po polskich drogach w stronę czeskiej granicy. Doświadczenie niesamowite. Jakiejkolwiek fenomenalnej atrakcji turystycznej byśmy obcokrajowcom nie wymyślili i tak pojadą dokądkolwiek indziej. Tam, gdzie są drogi. Chyba, że będzie to ekstremalny rajd na orientację po lokalnych bezdrożach. Na szczęście po przekroczeniu granicy już tylko nużąca droga czeskimi i austriackimi autostradami do kraju naszych słowiańskich braci.

Docieramy do campingu w Dovje w sobotę 20 sierpnia po 20 godzinach jazdy samochodem. Szybkie rozbicie namiotów, rozpakowanie, kąpiel i dyskusje nad rozłożoną mapą. W zasadzie wszystko było już omówione wcześniej, ale na miejscu wygląda to zawsze trochę inaczej.

 

W poszukiwaniu via ferraty

W niedzielę (21 sierpnia) budzimy się jeszcze zmęczeni podróżą, ale w wyśmienitych nastrojach. Pogoda nam sprzyja. Przed przyjazdem cały tydzień padał deszcz, ślady widać jeszcze na campingu. My zaś mamy słońce, lekki wiaterek i żadnej chmurki na niebie. Po szybkim śniadaniu kompletujemy sprzęt autoasekuracyjny i całą szóstką jedziemy samochodem do Kranjskiej Gory. Zamierzamy w ramach rozgrzewki wejść na Malą Mojstrovkę (2332 m). Wyczytaliśmy w przewodniku, że trasa jest łatwa, a na krótkim odcinku są via ferraty. Tam przećwiczymy zakładanie uprzęży i przypinanie się lonżą do stalowych lin.

Wąskimi serpentynami docieramy do parkingu na przełęczy Vršič (1611 m). Pełni energii i entuzjazmu kierujemy się na południe (zamiast na północ – tak przynajmniej polecają znawcy tych gór) ścieżką wśród kosodrzewiny, potem w górę po lekko osuwających się kamieniach. Po minięciu niewielkiej przełęczy skręcamy w prawo i pod granią Grebenec idziemy w stronę Malej Mojstrowski. Potem pniemy się nieznacznie w górę po skalnych płytach pokrytych drobnym szutrem. Droga jest długa i męcząca, gdyż co pewien czas nieznacznie zjeżdżamy w dół po szutrze. We znaki daje się też palące słońce. Nie dość, że idziemy odkrytym południowym stokiem, to jeszcze wyjechaliśmy z biwaku dość późno i przepiękne sierpniowe słoweńskie słońce mamy w całej okazałości. Całe szczęście, że wzięliśmy duży zapas wody.

W końcu dotarliśmy na szczyt. Widoki przepiękne na Jalovec i Mangart. Nie będziemy tam, niestety, wchodzić podczas tego wyjazdu, więc chociaż popatrzymy. Krótki odpoczynek i czas sposobić się do zejścia. Gdzieś musi być w końcu ta via ferrata Hanzova pot, więc zakładamy całe oporządzenie i schodzimy w dół stromą północną ścianą. Zaczynamy już dobitnie rozumieć, że na dole poszliśmy tak naprawdę w niewłaściwym kierunku. Na szczęście wszyscy w komplecie, choć niektórzy z lekkim strachem w oczach, stajemy na tarasie pod szczytem. Rozglądamy się za znakami wskazującymi trasę, czyli za jakimiś maźnięciami czerwoną farbą na skałach bądź kopczykami kamieni. Nic, więc widząc w dole parking, skręcamy w prawo i przez kamienne osypisko wędrujemy w dół. Potem okazuje się, że właściwy szlak prowadził w lewo ostro w dół. Cóż, musimy się nauczyć chodzić po tych górach, ale jak na pierwszy dzień nie jest źle. Zmęczeni, trochę rozczarowani, ale cali wracamy na camping. Szkoda, że nie sprawdziliśmy działania sprzętu.

 

Przez Wielkie Okno na Prisojnik

W poniedziałek już nie chcemy ryzykować ominięcia via ferraty. W końcu po to tu przyjechaliśmy. Ponowne przyjeżdżamy na parking na przełęczy Vršič i wybieramy trudny szlak na Prisojnik. Idziemy w czwórkę, gdyż Piotr z Asią postanowili aż tak bardzo nie ryzykować i wybrali łatwiejszą trasę na ten sam szczyt via ferratą Jubilejna pot. Wejście potraktowali trekingowo i po podziwianiu widoków zawrócili z ferraty.

Nasza czwórka udała się w kierunku schroniska Tičarjev dom, a następnie łagodną ścieżką wśród rosnących tu niewysokich drzew iglastych. Po spokojnym, dłuższym spacerku dochodzimy do zachodniej ściany Prisojnika i początku via ferraty Kopiščarjeva pot. Na to właśnie czekaliśmy. Zakładamy uprzęże, wkładamy kaski, wpinamy lonże i pełni entuzjazmu oraz lekkiego lęku przemieszczamy się po pionowej ścianie, następnie trawersem w górę. Widoki przepiękne. Najtrudniejsze jednak dopiero przed nami – zbliżamy się do pionowego komina. Korzystając z metalowych kołków idziemy w górę do momentu, gdy szczelina skręca w lewo i robi się coraz węższa. Przeczołgujemy się te kilka metrów i po krótkiej wspinaczce dochodzimy do kotła zasłanego piargami. Wrażenia niesamowite. W takich momentach nie czuje się strachu, a adrenalina dodaje energii.

Znów marsz w dużej ekspozycji wąską ścieżką, miejscami o szerokości 10-20 cm, powoli w górę. Dochodzimy do Wielkiego Okna. Dopiero teraz widać jego ogrom – 80 metrów wysokości! I ten widok oraz odgłos spadających z jego sufitu kropel wody i rozbijających się o kamienie. Wrażenie cichej, uśpionej grozy. Mariusz i Tomek wchodzą w cienistą zimną czeluść okna pierwsi. Gdy są w połowie drogi, od sufitu odrywa się sporej wielkości głaz i z potężnym hukiem rozbija się na dole na drobne kawałki. Mariusz z Tomkiem dosłownie w ułamku sekundy przylegają do dna okna tak dokładnie, że przez chwilę ich nie widać. Osypuje się na nich kilka drobnych kamieni odbijając się od kasków i plecaków. Podrywają się i w ekspresowym tempie wspinają się po pionowej ścianie korzystając z metalowych kołków, lin, klamer i wykutych w skale stopni, byleby tylko jak najszybciej opuścić niebezpieczne miejsce.

Ja z Michałem dopiero wchodzimy w Wielkie Okno. Już nie podziwiamy od środka jego wielkości, lecz staramy się je jak najszybciej opuścić. Kolejny oderwany głaz może już nie spaść kilka metrów od nas, lecz bliżej… Wychodzimy na krawędź okna do chłopaków. Widok zapierający dech w piersiach. Po krótkim odpoczynku kierujemy się na lewo, a właściwie wspinamy po bardzo stromej ścianie. Potem po kolejnej, aż dochodzimy do wąskiego, lecz w miarę płaskiego grzbietu. Z lewej strony już widać szczyt Prisojnika (2547 m). Wzmaga się wiatr. Mariusz z Tomkiem postanawiają wejść na szczyt, my zostajemy i obserwujemy ich wspinaczkę. Z wejściem nie mieli problemów, lecz zejście stanowiło dla Mariusza dużą trudność. Gdy przez kilka minut stał przytulony do skał w połowie ściany i nie wiedział, gdzie postawić stopę, zaczęliśmy się niepokoić. Tym bardziej, że nie było tam żadnych zabezpieczeń. W końcu jednak ochłonął i powoli zszedł.

Teraz pozostało już tylko wrócić na parking. Zejście do Wielkiego Okna okazało się bardzo męczące. Popołudniowe słońce mocno prażyło i w tym upale trzeba było ostrożnie opierać dłonie i stopy na wyślizganych wapieniach. Chwilowa nieuwaga mogła skończyć się tragicznie. Ominęliśmy okno i zaczęliśmy schodzić w dół południowo-zachodnią ścianą. Po pewnym czasie pojawiła się w miarę widoczna ścieżka. Dużą jej wadą były osypujące się spod nóg kamienie i duże nachylenie. W takich warunkach łatwo o kontuzję. Na szczęście bez większych przeszkód dotarliśmy do rozległych piargów pod zachodnią ścianą Prisojnika, a stamtąd na przełęcz Vršič. Mimo dłuższej trasy i większych przewyższeń byliśmy mniej zmęczeni. Widomy znak, że się już powoli aklimatyzujemy.

 

Łatwe wejście na Sleme…

23 sierpnia (wtorek) postanowiliśmy odpocząć i udać się w jakąś łatwą trasę. Dzień wcześniej wieczorem wysłaliśmy Piotra, który podczas wyjazdu pełnił odpowiedzialną rolę tłumacza, aby zasięgnął informacji w recepcji campingu. Wziął mapę i po kilkunastu minutach wrócił z zaznaczoną trasą. Żadnych via ferrat i wspinania się po skałach. Droga w cieniu wśród drzew. W dodatku początek trasy niedaleko od obozowiska. Na szczyt Sleme (2077 m). W porównaniu z wczorajszym dniem wydawało się niewysoko. Jakoś tak nikt nie pomyślał, że przełęcz Vršič (1611 m) znajdowała się trochę wyżej niż nasz camping w Dovje (704 m).

Ruszyliśmy. Entuzjazm jednak szybko prysł. Droga wiodła leśną ścieżką stromo pod górę. Mimo cienia nieznośny upał i żadnych powiewów wiatru. Do tego brak ładnych widoków, tylko las, las i las. Ta monotonia szybko zaczęła nas nużyć. Łatwa w założeniu trasa stała się dla nas psychicznie i fizycznie wyczerpująca. Zrobiliśmy więc tylko około 900 m przewyższenia do najbliższej śródleśnej, malowniczej polanki. Miejsce akurat na popołudniową drzemkę. Co prawda nie wszyscy byli tak mało ambitni – tylko ja, Mariusz i Michał. Piotr, Asia i Tomek postanowili piąć się dalej, lecz mimo chęci i uporu na szczyt Sleme nie dotarli. Cóż, zrozumieliśmy, że nasze pojęcie łatwej trasy i pojęcie miejscowych w tym względzie, to dwie zupełnie różne rzeczy. Nauczeni tym doświadczeniem postanowiliśmy na jutrzejszy dzień sami zaplanować sobie łatwą trasę. Plusem było to, że wracaliśmy do campingu przez Mojstranę. Zwiedziliśmy więc tę małą, urzekającą miejscowość oraz odwiedziliśmy lokalny market. A trzeba przyznać, że słoweńskie zimne piwo, szczególnie po kilku godzinach wspinaczki w upalnym, wilgotnym powietrzu, ma niepowtarzalny smak… Wino z dojrzewających tu czerwonych winogron też jest niczego sobie. Podobnie z owocami. Tutaj prym wiódł Mariusz, wybierając te najbardziej egzotyczne i nieznane.

 

Na Luknję i na Triglav (niezamierzenie)

Tym razem wstaliśmy rano. Może nie tak całkiem, jak nasi greccy sąsiedzi, którzy przybyli wczoraj wieczorem i wstali o 4 rano z zamiarem wspięcia się północną ścianą na Triglav, najwyższy szczyt Alp Julijskich, ale jednak o na tyle przyzwoitej porze, że o 8 już dojechaliśmy samochodem doliną Vrata do parkingu przy schronisku Aljažev dom (1015 m). Postanowiliśmy się rozdzielić. Mariusz i Tomek aż rwali się na jakąś ferratę. Uzgodniliśmy, że pójdą trasą Tominškova pot pod szczyt Begunjski vrh (2461 m) i zejdą w dół ferratą Pot čez Prag. Nasza czwórka zaś relaksacyjnie powędruje na przełęcz Luknja (1758 m).

Rozdzieliliśmy się przy pomniku poświęconym poległym podczas II wojny światowej partyzantom walczącym w Alpach (wielki hak z nie mniejszym karabinkiem wspinaczkowym). Zresztą Słoweńcy mają ciekawy zwyczaj upamiętniania osób, które zginęły w górach poprzez wmurowywanie tabliczek z imieniem, nazwiskiem, datą urodzin i śmierci oraz jej przyczyną. Trzeba przyznać, ze skłaniają do zastanowienia i większej uwagi. Ktoś kiedyś powiedział, że „w górach każdy ma prawo się zabić”, ale nie każdy przecież musi.

Wróćmy jednak do wędrówki. Tomek i Mariusz skręcili w lewo i minęli suche koryto potoku Bistrica, my udaliśmy się prosto ścieżką przez bukowy las. Po wyjściu z niego po lewej stronie okazała północna ściana Triglava, z widocznymi gdzieniegdzie wieńczącymi stożki piargowe połaciami śniegu. Szlak piął się niezbyt stromo w górę. Ciekawej zaczęło się robić dopiero przy wejściu na samą przełęcz. Czekał tam kilkusetmetrowy mozolny, mocno nachylony odcinek biegnący piargiem. Drobne kamienie osypujące się spod butów skutecznie utrudniały wejście. Ale było warto. Słońce, zielona trawa i lekki wiaterek idealnie współgrały z przepięknym widokiem na dolinę oraz ferratę Bambergova pot. I skłaniały do krótkiej drzemki, szczególnie mnie…

W drodze powrotnej zaryzykowałem i postanowiłem schodzić po tych kamyczkach skokami, posiłkując się przy tym trzymanymi w rękach kijkami. Technika okazała się skuteczna i niejako zjeżdżając slalomem w ciągu paru minut dotarłem na skraj piargu. Buty na szczęście wytrzymały. Michał, Asia i Piotr wybrali tradycyjną metodę schodzenia (czyli szli wolno i ostrożnie). Czekając na nich, zdążyłem nawet troszkę zmarznąć. Już w komplecie skręciliśmy w lewo, aby dojść do Bivaku pod Luknją, a stamtąd udaliśmy się w kierunku rozwidlenia drogi na Sovatnę. Widoki przepiękne – teraz po prawej mieliśmy północny masyw Triglava, już częściowo oświetlony słońcem, a po lewej podziwialiśmy południową ścianę Bovškiego Gamsovca. Wapienie odbijające słoneczne światło sprawiały wrażenie, jakby góry pokryte były śniegiem. Złudzenie to jest tak silne, że przez cały pobyt często zastanawialiśmy się, czy widniejący w oddali stożek piargowy nie jest przypadkiem zalegającym tu jeszcze od jesieni śniegiem. Czasami jest to istotne, gdyż woda w Alpach Julijskich to poważny problem. Są to góry wapienne i w wyższych partiach w ogóle nie ma wody. Na domiar złego wapień w wyniku erozji kruszeje i unoszący się pył dodatkowo wszystko wysusza. Przy dużych upałach, a na takie akurat wtedy trafiliśmy, w górach oddycha się suchym powietrzem wypełnionym jakby wapiennym pyłem. Ale dość dygresji…

Szybko doszliśmy do rozejścia szlaków (już nauczyliśmy się znajdować oznaczenia w wyższych partiach i przestaliśmy się gubić) i poszliśmy w prawo w Bukovlje. Przepiękny, gęsty bukowy las porastający łagodne zbocze dawał przyjemny cień. Tak po zrobieniu pętli wróciliśmy pod schronisko Aljažev dom z zamiarem czekania na powrót Mariusza i Tomka. Co prawda według naszych wyliczeń, to raczej oni powinni na nas czekać, ale nie znaliśmy (i oni zresztą też) trudności tych via ferrat. Po kilku telefonach ustaliliśmy, że marsz idzie im mozolnie, mamy jechać na camping, a jak zejdą w ferraty Pot čez Prag, to zadzwonią. Coś nam tu nie pasowało, ale skoro są żywi i we w miarę dobrej kondycji…

Zadzwonili późno w nocy, że już zeszli z ferraty. Piotr pojechał po nich i przywiózł dwa wymęczone cienie. Nasze przypuszczenia okazały się słuszne. Gdy już via ferratą Tominškova pot dotarli do schroniska Dom Valentina Staniča, postanowili zaryzykować i… ruszyć na Triglav (2864 m). Przed południem, ładna pogoda. Szybko ruszyli pod Triglavski dom, a potem dobrze ubezpieczonym szlakiem na najwyższy szczyt Alp Julijskich. Trudniej było jednak zejść. Pokonanie w ciągu kilku godzin ponad 1800 metrów przewyższenia dla osób na co dzień mieszkających na wysokości około 100 m n.p.m. Zmęczenie dało się we znaki. Tym bardziej, że trudną drogę Pot čez Prag pokonywali już prawie po ciemku. Na koniec sił dodawała im chyba tylko adrenalina, gdyż już na biwaku potrzebowali ponad godziny, aby uspokoić rozdygotane mięśnie. Ale swego dopięli…

Starą mulatierą

Czwartek, 25 sierpnia. Mariusz i Tomek po wczorajszym wyczynie są ledwo żywi. Nigdzie nie zamierzają iść. Za to ja z Michałem stwierdzamy, że nadszedł czas wejścia na Triglav (2864 m). Nie chcemy ani sobie, ani nikomu nic udowadniać. Po prostu chcemy tam spokojnie wejść. Wybraliśmy trasę dwudniową, gdyż po pierwsze chcemy mieć przyjemność ze spokojnej wędrówki, a po drugie zobaczyć co nieco po drodze i zrobić kilka ładnych pamiątkowych zdjęć.

Wędrówkę rozpoczynamy od parkingu przy schronisku Kovinarska koča. W ogromnym upale idziemy powoli starą mulatierą z okresu I wojny światowej. Po powrocie dowiedzieliśmy się, że przez te dwa dni były w Słowenii największe upały od 15 lat. Teraz jednak czas marszu doliną Krma urozmaicają nam widoki na, obniżające się z każdym przebytym kilometrem, górskie szczyty. Po pokonaniu wcale dużego głazowiska wychodzimy na mały płaskowyż Konjski preval (2020 m). Skręcamy w prawo i kierujemy się wąską ścieżką w górą. Jesteśmy już poza strefą kosodrzewiny i tylko gdzieniegdzie między kamieniami zielenią się kępki trawy. Słońce w zenicie i żadnego cienia. Wzięliśmy spory zapas wody, ale staramy się ją oszczędzać. Ostatnie źródło było kilkaset metrów niżej.

Po południu docieramy do schroniska Triglavski dom (2515 m). Instalujemy się w wieloosobowej sali za cenę 23 euro od głowy. W zamian miejsce na wąskiej, piętrowej pryczy. Idziemy zwiedzać okolicę. Przepiękny widok na polodowcowy kocioł z różnymi krasowymi formami. Widać liczne szczeliny i resztki niewytopionego śniegu. W oddali schronisko Dom Valentina Staniča. Naszą uwagę przykuwa betonowa konstrukcja służąca do łapania wody deszczowej. Schronisko pod Triglavem boryka się z jej brakiem. Czerpie wodę z zanikającego Triglavskiego ledenika (lodowczyka) i rzadkich opadów. Zbliża się wieczór. Nim pójdziemy do dusznej i zatłoczonej sali, podziwiamy zachodzące słońce i kładące się po kamieniach coraz dłuższe cienie.

W tym czasie rano reszta ekipy wpakowała się w samochód i wyruszyła do miejscowości Bled, popływać w jeziorze (Blejsko Jezero). Woda kryształ, w dodatku bardzo ciepła. Trzy dni wcześniej Mariusz próbował pływać w górskim potoku, ale woda miała w nim temperaturę zbliżoną do temperatury lodu. Teraz mieli zdecydowanie lepiej. W dodatku przepiękny widok na górujący nad jeziorem zamek Blejski Grad. Cena wejścia do niego była trochę odstraszająca (ich odstraszyła skutecznie), podobnie zresztą z opłatą za wejściówkę na plażę. Cóż, zawsze można wykąpać się obok, w końcu woda ta sama…


Na szczyt! I… w dół!

W schronisku pod Triglavem pobudka rano. Zresztą w dusznej sali na wąskiej pryczy i tak kiepsko się spało. Chcemy (ja i Michał) wejść na szczyt i zejść z niego, zanim dotrą tu ci, którzy zamierzają zdobyć Triglav w przeciągu jednego dnia. Tłok na szlaku nie sprzyja wspinaczce.

Na początku idziemy spokojnie lekko opadającym kamiennym płaskowyżem do podnóża Malego Triglava (2725 m). Tutaj szlak pnie się stromo dobrze ubezpieczoną granią. Tłumu nie ma, ale kask się przydaje ze względu na spadające co pewien czas drobne kamyki. Warto się przypinać podczas mijanek. Dla tych, którzy boją się, że monotonia wspinaczki może ich znużyć, polecamy czytanie wmurowanych co kilka metrów w kamienną ścianę tabliczek upamiętniających tych, którzy zginęli na tym szlaku. Jest ich wiele… .

W miarę szybko wchodzimy na Maly Triglav, a z niego wąskim, ale bardzo dobrze ubezpieczonym grzbietem przemieszczamy się na Triglav (2864 m). Przejrzyste niebo, czuć lekki, chłodny wiaterek. Na szczycie dużo miejsca i coraz więcej ludzi. Nasz wzrok przykuwa sprzedawca napojów. Można kupić coca-colę, piwo, a nawet coś mocniejszego… . Ceny odpowiednio wysokie, w końcu to najwyższa góra Słowenii. Na szczycie znajduje się metalowa wieżyczka – Aljažev stolp. Przyglądamy się miejscowemu zwyczajowi. Słoweńcy wkładają głowę w otwarte drzwiczki wieżyczki, a ich towarzysze uderzają ich symbolicznie w pośladki zwiniętą liną, specjalnie w tym celu tu wnoszoną.

Każdy ze Słoweńców powinien chociaż raz w życiu wejść na Triglav, więc wchodzą. Starsze osoby – tym można tylko pozazdrościć kondycji; młodzi ludzie – mają zarówno odpowiednią kondycję, jak i pieniądze (przynajmniej niektórzy) na uczczenie wejścia zakupionym na szczycie za 12 euro piwem. Nie brakuje też rodziców prowadzących (lub wciągających) na lince swoje dzieci, a nawet wnoszących je w nosidełkach. Da się zauważyć, że osobną grupę stanowią turyści z Niemiec – zabezpieczeni linami i idący gęsiego za przewodnikiem (duże utrudnienie przy mijance). Jedno trzeba jednak powiedzieć – nie spotkaliśmy nikogo w szpilkach ani w tenisówkach, co jest nie do pomyślenia w polskich górach.

Po serii pamiątkowych zdjęć, takich albumowych i do pochwalenia się znajomym (nie zapomnieliśmy też o takich do wszelakiego typu kronik), wracamy tą samą trasą. Droga nie wydaje się już taka długa i monotonna. Skupiamy się bardziej na podziwianiu widoków, więc szybko dochodzimy do parkingu. Zabieramy się stopem z jedną Słowenką (zetknęliśmy się kilkakrotnie na szlaku), po którą przyjechał mąż. Jadąc w klimatyzowanym aucie i popijając zimne piwo, mamy okazję porozmawiać z miejscowymi.

Tomek i Mariusz w tym dniu również nie próżnowali. Po wczorajszym chlapaniu w jeziorze, postanowili się trochę powspinać przy granicy słoweńsko-włoskiej. Pojechali do skoczni narciarskiej w Planicy. Stamtąd przeszli Doliną Planicy do schroniska Dom w Tamarje (1308 m) i weszli na szczyt Sredaja Ponca (2228 m), a z niego na Visoką Poncę (2274 m). Pod koniec zaliczyli średnio trudną via ferratę. Na camping wrócili po południu, gdyż już wszyscy zaczynaliśmy się powoli pakować. Biwakowaliśmy tu już 7 dni i czas było wracać do domu.

 

Adriatyk, Piran, Lublana i… dom

Jeszcze planując wyjazd w kraju, ustaliliśmy, że również trochę Słowenię zwiedzimy. I oczywiście wykąpiemy się w Adriatyku. W piątek (26 sierpnia) załatwiliśmy więc wszelkie formalności związane w opuszczeniem campingu polegające na uszczupleniu naszych skromnych zasobów lokalnej waluty, spakowaliśmy większość rzeczy i nastawiliśmy się na poranną pobudkę.

Wyruszyliśmy o przyzwoitej porze i już przed południem byliśmy na plaży w miejscowości Izola. Woda czysta i ciepła (28 stopni), plaża z zasadzie też. Jedynym jej minusem był fakt, iż była… betonowa. Po zażyciu orzeźwiającej kąpieli pojechaliśmy do położonego na półwyspie miasteczka Piran. Jeszcze tylko zaparkowanie samochodu przed nim (wjazd autem do miasta jest zabroniony) i krótki spacer nadbrzeżnym deptakiem.

W Piranie czas jakby się zatrzymał. Przepiękne, wąskie, zacienione uliczki, z lekkim chłodnym wiaterkiem wiejącym od morza. Cisza, spokój i nieliczni turyści. Brakowało nawet, będących wizytówką tej miejscowości, kotów (jeden wyszedł leniwie rozespany, pozostałe pewnie ukryły się przed palącym słońcem i czekały na ciepły wieczór). Z kościelnego wzgórza przepiękny widok na pokryte czerwoną dachówką dachy domów i lazurową wodę z przesuwającymi się wolno sylwetkami jachtów. I kontrastujący z tym wszystkim położony w centrum rynek. Może nie on sam, ale dostępny tam asortyment – poza lokalnymi pamiątkami i starociami, wiele pozostałości po niedawnych walkach: pozostałości broni, mundurów, hełmy itp. Podejrzewam, że przy odpowiednich znajomościach można by się tam nieźle uzbroić…

Czas jednak opuścić przeurocze miasteczko i udać się w drogę powrotną. Przed nami Lublana, stolica Słowenii. Jak na stolicę, miasto jest niewielkie (liczy 250 tysięcy mieszkańców), ale równie malownicze i z bardzo bogatą historią, gdyż powstało już za czasów rzymskich. Naszą wędrówkę zaczynamy od pamiątkowego zdjęcia ze smokiem strzegącym mostu na rzece Lublanice. Przepływa ona przez środek starego miasta, a po obu jej stronach sympatyczne deptaki, w dużej mierze zajęte przez restauracje. Udajemy się na plac przed Uniwersytetem, podziwiając po drodze secesyjne kamieniczki. Z ponad godzinnego spaceru wyrywa nas nadchodząca burza, a wraz z nią rzęsisty deszcz. Szybko wracamy do samochodu i kontynuujemy powrotną jazdę. Od tej pory burze i deszcze towarzyszyć nam będą do samej polskiej granicy, jakby chciały nadrobić swą ponad tygodniową bezczynność. Co chwila nocne niebo rozdzierają wstęgi błyskawic.

Po ponownej tułaczce dziurawymi, wiecznie remontowanymi polskimi drogami znów w domu. Minęło 10 dni od wyjazdu. Znowu siedzę w fotelu z ulubioną kawą. Obok wygodne łóżko, a nie karimata ze śpiworem. Nad głową dach i to bynajmniej nie namiotu. W kącie jeszcze nierozpakowany plecak i dużo nowych wrażeń. W głowie zaś kiełkująca nieśmiało myśl, gdzie by tu wybrać się następnym razem…

 

(c) Kazimierz Kisielew