Klub na Google+

Klub na Google+

Partnerzy

 

Spotkania turystów


 

gazeta mazury

 

 

 

 

Relacja wyjazdu w DOLOMITY - 2010

10.09.2010 (wyjazd Olsztyn) – 18.09.2010 (przyjazd Olsztyn)

12.09.2010-16.09.2010 efektywny pobyt we Włoszech


Uczestnicy (alfabetycznie):

Mariusz Błaszczak, Renata Dąbrowska, Agnieszka Kowalczyk, Adam Kowalczyk, Agnieszka Wegrzycka, Michał Wegrzycki

 

 

Obudziła nas ciepła poświata bladego jeszcze, porannego słońca, nieśmiało tańcząca na tropiku naszego namiotu. Po prawie dwudziestoczterogodzinnej podróży ta noc była zdecydowanie za krótka. Ale co tam, trzeba wstawać! W końcu jesteśmy w Dolomitach. Rześkie, górskie powietrze poczuliśmy zaraz po opuszczeniu namiotów. Jest piękna pogoda i góry…

Tak, góry. Pierwsze wyjście z namiotu, pierwsza analiza okolicy i… łał, jaki mamy piękny widok!

A widok mieliśmy na ścianę POMAGAGNON, dokładnie na via ferratę M.Strobel. Gdyby wtedy ktoś nam powiedział, że tam wejdziemy (a Mariusz tak właśnie zażartował), z pewnością nie uwierzylibyśmy mu. Póki co zjedliśmy śniadanie na lekkim wzniesieniu, tuz przy rzece i pod okiem tej właśnie grupy skalnej. Piękne to było śniadanie. Śniadaniowy widok był celem na pierwszy dzień jaki obrał dla nas Adam. Przekonaliśmy się o tym jednak dopiero prawie na szczycie. Samochód zaparkowaliśmy na bezpłatnym parkingu, gdzie zaraz po przeciwnej stronie drogi zaczyna się szlak o nr 218 i via ferrata M.Strobel. Kilka godzin podejścia i jest, nasza pierwsza ferrata. Zakładamy uprzęże, wiążemy lonże i idziemy dalej. Wrażenie jest niesamowite. Niby tak samo idziemy, szlak nie zawsze jest trudniejszy ale zmiany wysokości jakie widać na GPSie działają na wyobraźnię. Ferrata nie jest trudna, chyba najłatwiejsza z jaką mieliśmy do czynienia podczas całego wyjazdu. Jest jednak dostatecznie długa aby nabrać wprawy w przepinaniu karabińczyków, a zarazem urozmaicona na tyle aby nie znudzić. Idealna na pierwszy dzień i nas w każdym razie nie znudziła. Zdobycie naszego szczytu, czyli przełęczy Del Pomagagion [2178 mnpm], przysporzyło nie lada radości. Wpisaliśmy się do pamiątkowej księgi przy krzyżu, spojrzeliśmy z góry na nasz camping Olimpia i po niekrótkiej sesji zdjęciowej ruszyliśmy ostrym piergiem w dół. Przed zmrokiem zdążyliśmy jeszcze pozwolić sobie na krótki spacer do jeziora Ghedina, do którego prowadził z głównej drogi szlak nr 416. Wiódł łagodnie przez las i łąkę. Najpierw zadziwiła nas oszałamiająca ilość rydzów w lesie, a następnie łąka usiana fioletowymi kwiatkami przypominającymi nasze krokusy. A potem ono, po środku lasu, na około niczego gładkie, lazurowe jeziorko z mostkiem i domkiem. Całość harmonijnie skomponowana, jakby zabudowanie, las i jezioro były tu od zawsze. Jak z bajki J

Dzień drugi. Pojawiły się już niewielkie zakwasy. Uskuteczniamy wyjazdową integrację poranną grą w karty. Aby nie osłabiać mięśni ale także nie rezygnować tego po co przyjechaliśmy Adam obmyśla małą ferratkę. Taki pobliski wypad obmyślony na poczekaniu. Nie zabieramy zatem aparatów… To był chyba największy błąd tej wyprawy. Żałowaliśmy tego kroku z Mariuszem i wspominać będziemy chyba przy każdej wyjazdowej okazji. Zasada jedyna słuszna: aparat trzeba brać. ZAWSZE. Wychodzimy z Campingu i kierujemy się na szlak nr 417, a następnie 408. Przed nami, na horyzoncie ogromna góra-Mariusz znów żartuje, że tam idziemy… I faktycznie i tym razem miał rację. Szlak biegnie lasem, ostre trawersy raz w prawo, raz w lewo, niekończący się trekking. Zdecydowanie męczące podejście. Wychodzimy z lasu, dochodzimy pod skałę i już wiemy, że to co początkowo było na horyzoncie niebawem stanie się naszą ferratą. Po drodze mijamy kilka stanowisk strzeleckich z I Wojny Światowej. I zaczyna się, ferrata E.Bovero, a następnie szlak nr 447. Najbardziej eksponowana momentami ferrata podczas całej wyprawy. Lęk wysokości zdecydowanie niewskazany. Wrażenia za to rewelacyjne. Bycie na krawędzi skały, na jednej płaszczyźnie z nią. Poczucie wszechogarniającej przestrzeni i z każdym krokiem, z każdym przepięciem coraz większa radość. Co jakiś czas przysiadaliśmy i patrzyliśmy na sąsiedni masyw skalny. Był prawie na wyciągniecie ręki. Ośnieżone szczyty zdawały się być tuż za dywanem leśnym jaki dzielił nas od tej pięknej grupy. Na szczęście Agnieszka zabrała swój aparat i to co wywarło na nas takie wrażenie zostało uwiecznione. Szczyt Col Rosa [2166 mnpm] został zdobyty. Droga powrotna 447 była równie stroma co podejście, dopiero po dojściu do szlaku 417 złagodniała.

Na uwagę zasługuje jeszcze jeden szczegół. Na trasie wejściowej co jakiś czas na bardziej odkrytych przestrzeniach stoją pojedyncze ławki skierowane na PEZORIES. Przy każdej z nich widok równie piękny, a nie wymaga pokonywania ferraty.

Dzień trzeci-najdłuższy. Najranniejsza pobudka i najdłuższa trasa do pokonania w planie. Samochodem przejeżdżamy Cortinę d’Ampezzo i drogą nr 48 dojeżdżamy na parking przy dolnej stacji kolejki Rio Gere [1698 mnpm]. Tam zostawiamy samochód na cały dzień, a sami wsiadamy do kolejek linowych. Pierwszej, krzesełkowej na Rif Son Forcia [2215 mnpm] i następnej przypominającej obłe czerwone i żółte jaja, do których pan obsługujący wyciąg kulturalnie „pomaga” nam wejść poprzez … wepchanie nas. Tym sposobem, naszym punktem wyjściowym staje się Schronisko na Rif. G. Lorenz [2932 mnpm]. Cel na dziś to ferrata Dibona. Po dotarciu do schroniska plany nasze nieco ewaluują. Postanawiamy najpierw „zrobić” ferratę M.Bianchi, ze szczytem Cima di Mezzo [3154mnp]. Jest to zdecydowanie najtrudniejsza ferrata z jaką mięliśmy do czynienia podczas całego wyjazdu. Było dużo eksponowanych przejść, ferrata opisywana jako trudna i techniczna. I faktycznie taka była. Raz zejście, raz podejście, sporo rozwiązań siłowych, w kilku miejscach śnieg. Miejscami oblodzenia lin i skał. Było kilka momentów zawahania ze względu na oblodzenia właśnie i marznące i sztywniejące palce. Ale widoki piękne i rozległe. Szczególnie ciekawie wygląda most na ferracie Dibona. Niczym cieniutka niteczka zwisa pomiędzy dwiema skałkami. Zdecydowanie ferrata mimo trudności godna polecenia. Szczyt Cima di Mezzo [3154mnp] objawił nam się w chmurach. Krotka chwila na zdjęcia i wracamy. Prawie tą sama drogą, bo ferrata ta w ¾ jest dwukierunkowa, najtrudniejsze przejścia, gdzie mijanie się nie jest wskazane mają opisaną drugą drogę. Na szczęście nie było tłumów, a jedynymi napotkanymi wspinaczami byli panowie wymieniający mocowania i liny. Całość zajęła nam ok. 3 godzin.

Chwila odpoczynku przy schronisku i idziemy dalej. Teraz już praktycznie cały czas na zachód. Ferrata Dibona wita nas wiszącym mostem, który na zdjęciach i z oddali robi zdecydowanie większe wrażenie. Z bliska budzi zaufanie i wiarę w solidność konstrukcji. Teorię tę można poddać w wątpliwość będąc już na, no ale wtedy jest już za późno, a adrenalina pomaga jednak cieszyć się chwilą bycia nad ogromną szczeliną. Zaraz za mostkiem, idziemy drabinką i po chwili mamy możliwość odejścia w bok na Cristallino d’Ampezzo [3008 mnpm]. Korzystamy z tej możliwości i po 10 min jesteśmy już na szczycie i podziwiamy widoki. W ten sam czas powracamy na szlak i via ferratę Dibona. Po drodze mijamy kolegów z Poznania. Po wymianie uprzejmości każdy z nas idzie w swoją stronę. Zawsze jednak jest mi niezwykle miło, kiedy gdzieś, w odległym miejscu spotkam podobnego sobie zapaleńca mówiącego w tym samym języku. Z ferraty Dibona schodzimy jednym z pierwszych zejść i kierujemy się na południe. Trzeba bardzo uważać, aby nie zgubić szlaku i wejść na właściwy. Bez względu, czy właściwy oznacza ten, którym Idzie grupa, czy pokazuje mapa, czy też ślad na GPSie. Zaskoczył nas ogrom oznaczonych szlaków w terenie i zarazem brak ich odpowiedników na mapach. Są one dużym plusem przy załamaniach pogody, czy zbliżającym się zachodzie słońca, wymagają jednak pewnej orientacji w terenie i umiejętności czytania mapy. W innym wypadku mogą niepotrzebnie wydłużyć, bądź zupełnie zmienić trasę i należy o tym pamiętać wybierając drogę bez wcześniejszego zaplanowania. Pomimo dość szybkiego zejścia z ferraty, tego wieczoru powracaliśmy przez chwilę już przy świetle latarki i księżyca, było to jednak bardzo blisko Rio Gere i bezpiecznie.

Czwartego dnia zaplanowaliśmy zdobyć szczyt Tofana de Rozes [3225mnpm]. Prowadząca nań ferrata opisywana jest jako niezwykle widokowa i urozmicona pod względem trudności. Ciekawa równiez ze wzgledu na obecność groty i sztolni na trasie. Bardzo ciekawiło nas szczególnie kilkunastominutowe podobnież przejście ów sztolnią, gdzie wymagane jest posiadanie latarki i cieplejszych już ubrań.

Dojechaliśmy do Parkingu [1732mnpm] i leśnym szlakiem 414 pomknęliśmy w górę, następnie 412 i 404 już do groty. Samo znalezienie strzałki na Grottę zajęło nam jakiś czas, oznakowanie to bowiem było bardzo słabo widoczne. Potem poszło już łatwiej i po niewielkiej ferracie naszym oczom ukazało się piękne, ogromne i rdzawo-pomarańczowe wejście do Grotty de Tofana. Niestety w całym tym zamieszaniu z poszukiwaniem szlaku przekonani byliśmy ze sztolnia zaczyna się w grocie. Spędziliśmy ok. ponad 2 godziny na penetrowaniu jej, każdej szczeliny, odcinka. Ba, znaleźliśmy nawet kilkumetrowy odcinek ferraty wewnątrz, kilka ślepych korytarzy. Okrążyliśmy ją wewnątrz chyba z pięciokrotnie. Mogę śmiało powiedzieć, że znamy każdy jej metr i dotarliśmy zapewne najdalej jak można było jednak.. nie do sztolni. Uznaliśmy w końcu, że zapewne nastąpiło jakieś tąpniecie i ów sztolnia została zasypana. Penetracja Grotty na tyle opóźniła nasz marsz, że nie zdążylibyśmy dotrzeć na szczyt inną trasą i wrócić przed zmrokiem. Zdecydowaliśmy zatem powrócić dla urozmaicenia inną już drogą ale jednak na parking. Przeszliśmy z powrotem szlakiem nr 404 i na rozwidleniu skręciliśmy tym razem w 403, a następnie 442 już do ulicy. Po szczegółowej analizie mapy i rozmowie z Adamem, który zrobił sobie na dziś przerwę ustaliliśmy, ze sztolnia była po prostu nieco dalej, na trasie, a Grotta to … po prostu grota. Cenna informacja i nauczka na następny raz. Z racji, że nie była jeszcze późna godzina, ale zaczynało już zmierzchać, postanowiliśmy wybrać się na kolację do miasta Cortina d’Ampezzo, pozwiedzać i skosztować w końcu włoskich specyfików.

Piątego dnia przyszło zapowiadane załamanie pogody. Byliśmy jednak na to przygotowani i rankiem już wyruszyliśmy na kolejny kamping bliżej wejścia na Marmoladę, do Malga Ciapela. Tam po przyjeździe poszliśmy na spacer zobaczyć pomnik przyrody jakim jest Serrai di Sottoguda. Jest to największa atrakcja przyrodnicza Dolomitów. Serrai di Sottoguda to wąski kanion powstały w wyniku erozji lodowców, a następnie erozji wód potoku Pettorina biegnącego obecnie wzdłuż wąwozu. Wąwóz ma długość ponad dwóch kilometrów, wewnątrz podziwialiśmy ściany wysokie na kilkanaście metrów , jaskinie, mini wodospady i skały wygładzone przez wody. Krajobraz jest imponujący. Pod koniec trasy stoi piękna mała kapliczka stykająca się ze skałami. Ów wąwóz wyłączony jest z ruchu samochodowego i jest idealnym miejscem do pieszych wycieczek również nocą, gdyż cały jest podświetlony.

Piątkowy dzień przeznaczony na zdobycie Marmolady okazał się dla nas dniem powrotu. Mgły i chmury już na wysokości campingu były znakiem, że Marmolada jest dla nas nie do zdobycia. Temperatura ok. 3 stopni, oblodzenia i śnieg, a przede wszystkim nieustający deszcz spowodował, że podjęliśmy decyzję o powrocie.

 

Zestawienie ferrat na jakich byliśmy,

Dzień Grupa skalna/ położenie Nazwa ferraty Szczyt/przelecz Ocena trudności wg

Tkaczyk wdolomitach.pl

1 ? via ferrata M.Strobel Przeł. Del Pomagagion [2178 mnpm] ? brak danych

2 Tofane Via ferrata Ettore Bovero Szczyt Col Rosa [2166 mnpm] ? trudna

3 Cristallo Sentiero Ferrato I. Dibona Cristallino d’Ampezzo [3008 mnpm] 3/6 trudna

Via ferrata Marino Bianchi Cima di Mezzo [3154 mnpm] 4/6 trudna

4 Tofane Via ferrata Giovanni Lipella Tofana di Rozes [3225 mnpm] 4/6 trudna

5 Marmolada ? ?